Abp Marceli Lefebvre, Przemówienie z 8 grudnia 1988

Przemówienie J. E. arcybiskupa Marcela Lefebvre’a wygłoszone w seminarium świętego Proboszcza z Ars 8 grudnia 1988 r. we Flavigny-sur-Ozerain

W tym roku 1988 Bractwo świętego Piusa X rozpoczyna dwudziesty rok swego istnienia. Zostało ono uznane l listopada 1970, ale pierwsze zgromadzenie seminarzystów sięga roku 1969. Spośród 9 seminarzystów owego pierwszego rocznika pozostało tylko dwóch, biskup Tissier de Mallerais i ksiądz Paul Aulagnier, przełożony dystryktu Francji. Obaj są prawdziwymi podporami Bractwa, można na nich liczyć. Ileż to rzeczy wydarzyło się podczas tych dwudziestu lat! Można niemal powiedzieć, że historia Bractwa i historia Tradycji jest historią podziałów, bolesnych rys i rozłamów. Ale ja wierzę, że to są próby, przez które przechodzi każde dzieło Boga. On doświadcza i zsyła krzyż.

Niezależnie od wszystkiego i mimo przepowiedni tych, którzy przy swoim odejściu zapewniali nas, że nasze dzieło jest przegrane, Bractwo rozwijało się na przekór wszystkim przeszkodom. Ja pod każdym względem starałem się wypełniać wolę Bożą. Założyłem Econe nie dla siebie osobiście, a także nie dla własnej przyjemności, i gdyby taka była wola Boża, Econe zamknęłoby swe podwoje.

Kiedy się spojrzy wstecz na drogę, jaką przebyliśmy, poczynając od pierwszych kroków we Fryburgu, i na dzisiejszych 220 kapłanów i 250 seminarzystów Bractwa, rozdzielonych na 6 seminariów, wówczas należy tylko podziękować najukochańszemu Bogu za to, że pobłogosławił dzieło, które zostało założone jedynie po to, aby Mu dłużyć i zbawiać dusze.

Kilka osób nas opuściło, ponieważ mieliśmy trudności z Rzymem, inni dlatego, że uważali, iż nie dość zdystansowaliśmy się do papieża. Tak było przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych, gdzie w 1983 odeszło od nas 12 spośród 19 kapłanów, aby poprzeć swój sedewakantyzm. Była to wówczas dla Bractwa ciężka i pełna cierpień próba. Ale wszystko przetrwaliśmy. Liczba naszych domów zakonnych rosła podobnie jak nasz wpływ.

Następnie przyszły święcenia biskupie. Można się było obawiać fali odwrotów, jak niektórzy to zapowiadali. Ale trzeba z podziwem stwierdzić, jak bardzo skutecznie zareagowali wierni, wykazując nadzwyczajne zrozumienie swoich zadań. Pokazali oni, że posiadają prawdziwego ducha Kościoła. Bez wątpienia tu i ówdzie istniały ubawy, wahania, ale koniec końców uznali oni w pełni, że nie ma innego wyjścia niż to, na które ja się zdecydowałem. Jeśli nie będzie biskupów, nie będzie również kapłanów i w ogóle niczego nie będzie. Nie będzie również Tradycji.

Nie można się zdawać na biskupów soborowych z charyzmatyzmem, z ich ekumenizmem, z ich szkodliwymi decyzjami w odniesieniu do liturgii, na ich coraz bardziej niezrozumiały sposób myślenia. Jeśli się już raz od nich odeszło, nie można już do nich wrócić.

Liczba wiernych, którzy nas opuścili, jest minimalna, jedna na 200, 300 wierzących rodzin. Jest to smutne, ale bez większego znaczenia, natomiast wielu do nas przyszło, ponieważ słusznie uważali, że przetrwanie Bractwa i Tradycji teraz jest zapewnione. Mamy więc obecnie niezłomnych biskupów, którzy sami zachowują wiarę i strzegą wiary małych dzieci, Bogu dzięki.

O ile wierni ze swej strony wszystko należycie zrozumieli, ku naszemu ubolewaniu odeszło od nas kilku kapłanów. Choć nie było ich zbyt wielu, żałujemy tego oczywiście szczególnie. Kardynał Gagnon myślał, że stracimy 80% naszych wiernych, kapłanów i naszych seminarzystów.

W istocie straciliśmy ogółem 15 kapłanów, spośród których 12 przeszło do Bractwa świętego Piotra. Na ogólną liczbę 220 kapłanów oznacza to mniej niż 7%. W wypadku seminarzystów było ich 15 spośród 250.

W Econe nikt nie odszedł, również w Argentynie i w Stanach Zjednoczonych. Odejścia miały miejsce wśród seminarzystów w Zaitzkofen i Flavigny. Jest to oczywiście smutne, ale stosunku do całości w istocie mało znaczące. Nie zachwiało to również seminarzystami, którzy pozostali nam wierni.

Mamy teraz 4 biskupów, którzy wędrują po całym świecie, aby bierzmować i wyświęcać kapłanów.

Ja sam nie będę już niczego więcej podejmował. Jeśli zaproszą mnie rektorzy seminariów, przyjadę, aby wygłosić kilka wykładów. Cieszę się, kiedy widzę naszych seminarzystów. Muszę wyznać, że dzień 30 czerwca stanowił dla mnie w istocie granicę. Nie mógłbym nadal przekraczać oceanów. Bóg mi zezwolił, abym miał 4 biskupów i dziękuję Mu za to.

Biskup Williamson bierzmował ostatnio w Australii a w naszym nowym seminarium w pobliżu Sydney udzielił pierwszych tonsur. Biskup Galarreta udzielił już w seminarium La Reja wszystkich święceń, od tonsur do święceń kapłańskich.

Biskup Fellay udzielił święceń w Zaitzkofen, a biskup Tissier de Mallerais w Econe. Wszyscy pracują i wierzę, że można być pełnym nadziei.

Nie zmniejszyła się również liczba powołań, przeciwnie. Zamiast udać się do Flavigny, Anglicy udali się do Stanów Zjednoczonych, gdzie biskup Williamson przyjął ich do swego nowego seminarium w Winona, którego wprawdzie nie znam, ale które wydaje się być bardzo ładne. Ten były nowicjat dominikanów może przyjąć większą liczbę seminarzystów niż budynek w Ridgefield. Ksiądz Bruckberger opowiada w swoich pamiętnikach, że zesłano go do Winona na wygnanie! Jest tam wspaniała kaplica z witrażem, który przedstawia świętego Tomasza z Akwinu, patrona naszego seminarium języka angielskiego, szczęśliwe zrządzenie! Teraz nasi kapłani mają ten dom i są tam bardzo szczęśliwi. Dla seminarium w Australii znaleziono bardzo piękny dom, który znakomicie się nadaje. Leży w pobliżu Sydney, a panuje tam mniej duszny klimat.

Prawdziwie najukochańszy Bóg nas błogosławi. Jeśli pozwoli i seminarzyści pozostaną wierni – w ciągu pierwszego roku albo po pierwszym roku zdarza się zawsze kilka wystąpień – to od następnego roku będzie się udzielało około trzydziestu nowych święceń rocznie. To ładna liczba, choć w stosunku do całego świata jest to z pewnością niewiele, albowiem wszędzie jesteśmy pożądani, ale już to daje poważne widoki na przyszłość.

Tak wygląda aktualna sytuacja.

Ucierpieliśmy co prawda z powodu konsekracji biskupów, albowiem doszło do rozłamów, które nas do głębi dotknęły. Osobliwe, że ci, którzy nas opuścili, jak Dom Gerard Calvet i zakonnicy z Sainte Madeleine du Barroux, przedtem zgadzali się z konsekracją biskupów. Dom Gerard wyraził to podczas kazania, w którym wymienił i objaśnił pięć przyczyn, jakie, jego zdaniem, przemawiały za konsekracją biskupów. Dlaczego więc w rezultacie uznał za słuszne, aby nas opuścić i zdać się na rzymskich progresistów? Jest to smutna i bolesna tajemnica.

To samo dotyczy tych spośród naszych kapłanów, którzy nas opuścili. Szkoda i żal, że tacy ludzie jak Romain Marie i Jean Madiran, którzy zawsze stali po naszej stronie i byli naszymi przyjaciółmi, tym razem uznali, że nie mogą iść z nami, i woleli podążyć za Dom Gerardem w jego decyzji. Pragnęliśmy w głębi serca, żeby zrozumieli prawdziwą sytuację. Nawet jeśli nie oświadczyli oni wyraźnie, że akceptują Sobór i wszystko, co Rzym w chwili obecnej wyznaje, czynią to w milczeniu. Przez to, że całkowicie zdali się na autorytet Rzymu i biskupów, w praktyce będą wreszcie zmuszeni do tego, aby być jednej myśli z nimi. Dom Gerard nie może się przeciwstawić biskupowi Avignon. Jest to niemożliwe, ponieważ biskup Avignon, tak samo jak kardynał arcybiskup Decourtray z Lionu w odniesieniu do o. Laffargue, i kardynał Mayer jak również inni biskupi bardzo wyraźnie wyrazili swoje myśli. Oświadczyli oni: „Chodzi nie tylko o to, aby im zezwolić na liturgię, oni muszą uznać Sobór, muszą się całkowicie podporządkować Soborowi, bez żadnych ustępstw!”

Znajdą się oni wkrótce w całkowitej sprzeczności ze sobą, ponieważ jeśli uznają Sobór, będą musieli przyjąć również jego konsekwencje. A konsekwencje to między innymi forma liturgii.

Przy okazji święceń kapłańskich pięciu dominikanów wspólnoty o. Oliviera de Blignieres w Chemere, które odbyły się w Fontgombault, zauważono, że sprawy nie wyglądają tak prosto. Biskup Bourges podobno po święceniach przeciwstawił się kardynałowi Mayerowi. Następnym, który udzielił święceń, był biskup senior de Melleville z Conakry w Gwinei, spirytanin, którego dobrze znałem. Ja osobiście nie widzę żadnej innej różnicy, oprócz tej, że biskup Bourges zażądał, aby biskup senior de Milleville zastosował nowy obrzęd. Jednak trudno sobie wyobrazić, że w Fontgombault odbywa się ceremonia święceń wedle dawnego rytu z dawną Mszą świętą, podczas gdy z drugiej strony biskup Bourges zabrania tego zakonnikom i wyświęca ich wedle nowego obrzędu. Że kardynał Mayer przybywa z Rzymu, aby wyświęcić dominikanów w Fontgombault, w obecności i przy współudziale wspólnoty mnichów benedyktyńskich, z ceremonią wedle dawnego rytu, którego ci ostatni sobie życzą i który zostaje im odmówiony. Są to nieprawdopodobne sprzeczności.

W każdym razie pojawiają się tu problemy, ponieważ biskupi bronią się przed owymi, by tak rzec, przyłączonymi do nich tradycjonalistami. Nie chcą oni takich ludzi w swoich diecezjach, gdzie stwarzają niebezpieczeństwo popierania nieporządku. Co robić? Przydzielać ich kapłanom? To spowoduje rozbicie: „Nie chcemy dawnej Mszy. Przyzwyczailiśmy się do nowej. Nie chcemy łaciny. Zostawcie nas w spokoju. My chcemy Komunii rozdawanej na rękę”.

Co ma począć biskup Louis-Marie Bille z Laval z pięcioma dominikanami, którzy będą w jego diecezji mniej lub bardziej energicznie sobie poczynać? Co się wówczas stanie? Albo sami zaczną odprawiać nową Mszę i rozdawać Komunię na rękę, a następnie całkowicie się włączą, albo powiedzą: „O nie, my mamy pozwolenie na odprawianie dawnej Mszy i nie chcemy rozdawać Komunii na rękę”. Co wówczas uczyni kapłan? Zwróci się do biskupa: „co mam robić? Czy mam ich przyjąć, czy też nie powinienem ich przyjmować? Oni wywołają zamieszanie w parafii”.

I jedno, i drugie jest niemożliwe. Znajdują się oni w sytuacji bez wyjścia. Biskupi mają chyba świadomość tego i dlatego są niezadowoleni i okazują, że nie zgadzają się z Rzymem.

W Niemczech biskup Josef Stimple z Augsburga ma teraz w swojej diecezji niemieckie seminarium Bractwa Sw. Piotra, którym kieruje o. Josef Bisig, były regens naszego seminarium w Zaitzkofen. Osiedli oni w Wigratzbad, w miejscu pielgrzymek w Niemczech, w pobliżu Bregencji. Podobno była tam osoba, która otrzymywała orędzia od Najświętszej Maryi Dziewicy. Jest to bardzo licznie odwiedzane miejsce pielgrzymek w diecezji augsburskiej, gdzie my również kiedyś zamierzaliśmy założyć nasze seminarium. Ale z powodu niechętnej postawy biskupa woleliśmy Zaitzkofen.

Biskup Augsburga pozwolił im korzystać z dawnej niewielkiej kaplicy, ale dodał: „Jeśli już wchodzicie do dużego kościoła (który został zbudowany przed blisko dziesięciu laty), to zabraniam wam wchodzić tam w sutannie. Wchodźcie w koloratkach.” Pierwsza szykana!

Potem x. Bisig poprosił kardynała Mayera, aby był tak dobry i wyświęcił na kapłana jednego z seminarzystów, który nas opuścił i był diakonem. Kardynał obiecał, że dokona tych święceń po święceniach, których ma udzielić w Fontgombault dominikanom z Chemere. Ale biskup Augsburga sprzeciwił się temu: „Nie chcę, aby te święcenia odbyły się u mnie”. Wobec tego wsiedli oni do autobusu i pojechali do Rzymu, gdzie następnie odbyła się ceremonia święceń.

Nieprawdopodobna sytuacja. Rzym jest na najlepszej drodze, aby zwrócić przeciwko sobie biskupów diecezjalnych. Biskupi diecezjalni stanowią dziś w rzeczywistości Konferencję Biskupów. Biskupi nie działają już dziś samodzielnie, sami z siebie. Jeśli biskup Bourges i biskup Augsburga podjęli takie decyzje, to stało się to dopiero wówczas, kiedy zapytali swoich współbraci: „Czy jeśli kiedykolwiek wyniknie problem z Rzymem, to wówczas mnie poprzecie?” Biskupi są przeciwko udzieleniu pozwolenia na to, aby odprawiać dawną Mszę świętą, są oni przeciwko tym kapłanom, z którymi nie wiedzą, co począć.

Biskup Henry Schwery z Sierre, przewodniczący szwajcarskiej Konferencji Biskupów, wysłał do Rzymu bardzo ostry list na ten temat. Oświadczył: „Już wolimy kapłanów z Econe, oni nam nie przeszkadzają, nie trzeba się nimi zajmować. Ale nie powinniśmy się zobowiązywać do tego, aby przyjmować tych kapłanów, którzy odprawiają Mszę świętego Piusa V i zachowują dawną liturgię. Nie chcemy ich”.

Kiedy jednak szwajcarska Konferencja Biskupów, niemiecka Konferencja Biskupów i francuska Konferencja Biskupów stanęły po strome tych biskupów, którzy zabronili Mszy odprawianych przez kardynała Mayera, to nie było to drobnostką. Kardynał Mayer jest prefektem Kongregacji Obrzędów. Przeszkadzanie mu w tym, dokonywanie święceń kapłańskich we Francji i w Niemczech, to wymaga niezwykłej śmiałości! Jeśli Rzym chce zyskać uznanie, z pewnością natknie się na trudności. Uczyni sobie wroga z Konferencji Biskupów. Ale jeśli Konferencja Biskupów wystąpi jako jedność i oświadczy: „Nie, my odmawiamy”, wówczas Rzym jak zwykle ustąpi i sprawa będzie załatwiona. Zasada kolegialności zatriumfuje. Biskupi, którzy przewodniczą Konferencji Biskupów, przejmą dowództwo!

Można się było o tym przekonać w związku z problemem Katechizmu we Francji. Napomnienia kardynała Ratzingera nie przyniosły rezultatu. Rzym ustąpił, a podręcznik do nauki religii Pierres vivantes nadal zatruwa nasze dzieci.

W Brazylii i w Ameryce Południowej biskupi zbuntowali się na rzecz teologii wyzwolenia i przeciwko potępieniu o. Leonarda Boffa. I Rzym ustąpił.

Za każdym razem jest tak samo.

Seminarium „Mater Ecclesiae”, które otworzyło w Rzymie swe podwoje, po dwóch latach zamknęło je z powrotem. Biskupi Francji oświadczyli: „Nie chcemy u nas tych kapłanów. Nie wolno ich wyświęcać na kapłanów. Zatrzymajcie ich, jeśli chcecie, my bowiem ich nie chcemy”. Wobec sprzeciwu biskupów Rzym zamknął seminarium, a seminarzystów rozesłał do seminariów diecezjalnych.

To samo musi nastąpić wcześniej czy później także w Wigratzbad. Aby nie mieć trudności z biskupami, Rzym z pewnością poradzi członkom seminarium, aby przenieśli się do swoich diecezji. Gdyby ich było więcej, gdyby na przykład chodziło o całe seminarium naszego Bractwa, które przeszłoby do Rzymu, zadano by sobie być może więcej trudu.

Oto kilka szczegółów, które ukazują wyraźnie trudne położenie, w jakim znajduje się Rzym wobec biskupów. Rzym w rzeczywistości ani nie chce bronić Tradycji, ani jej zwalczać. Chce tylko tych młodych ludzi i tych kapłanów bardzo ostrożnie doprowadzić do tego, aby zaakceptowali Sobór, całkiem widocznie!

Podczas ostatnich kontaktów, jakie miałem z Rzymem, chciałem niejednokrotnie zbadać tamtejsze zamiary i sprawdzić, czy istotnie trochę się zmieniło. Wydawało się to wcale nie takie niemożliwe po stwierdzeniu katastrofalnych i fatalnych niepowodzeń, które nastąpiły po Soborze, a także po wizycie kardynała Gagnona i arcybiskupa Perla, którzy sami mogli się przekonać o owocach dobrej pracy Bractwa. Mówiąc ogólnie, musieli oni dojść do następującego wniosku: „Trzeba sobie zdać sprawę z tego, że ci tradycjonaliści prawdziwie dokonują dzieła Kościoła. Dlaczego nie mielibyśmy ich bronić? Dlaczego nie mielibyśmy podejmować bardzo energicznych decyzji na ich korzyść?”

Kiedy dyskutowałem o tym w Rzymie, stwierdziłem, że wcale nie było o tym mowy. Przede wszystkim nie chciano mnie zapoznać z wynikami tej wizytacji kanonicznej. Na koniec oświadczyłem: „To niedopuszczalne. Ja sam prosiłem o tę wizytację. Wobec tego należy mnie przynajmniej poinformować, czy robiliśmy dobrze, czy źle. Jeśli postępowaliśmy źle, należy nam to wytknąć, jeśli działaliśmy dobrze, należy nam to powiedzieć”. A tu ani słowa!

Z pewnością po podpisaniu protokołu podpisałbym także ostateczny układ, gdybyśmy mogli skutecznie ochronić się przed modernizmem Rzymu i biskupów. Jest konieczne, aby taka ochrona istniała. W przeciwnym razie bylibyśmy zniewoleni z jednej strony przez Rzym, z drugiej zaś przez biskupów, którzy próbowaliby na nas wpływać, a wreszcie otwarcie zmusiliby nas do tego, abyśmy uznali Sobór i faktycznie wymazali Tradycję.

Co byłoby konieczne, aby się ochronić przed Rzymem i przed biskupami? Ja chciałem powołania komisji w Rzymie, która byłaby złożona wyłącznie z tradycjonalistów i byłaby równoznaczna z przedstawicielstwem Tradycji w Rzymie. Gdyby gdziekolwiek powstały określone trudności, można by się było zwrócić do tej komisji, która miałaby możliwość, aby nas bronić, ponieważ składałaby się tylko z ludzi Tradycji. Komisja ta liczyłaby 7 członków. Zażądałem, aby tych 7 członków należało do Tradycji. Nie chciano tego i oświadczono: „Tylko 2. Dla nas 5, spośród nich jeden byłby przewodniczącym i jeden wiceprzewodniczącym, a dla was 2”.

Następnie zażądałem 3 biskupów, aby zabezpieczyć święcenia kapłańskie i bierzmowanie. Oświadczono mi: „Nie, tylko jednego”.

Był wówczas początek maja. Powiedziałem do kardynała Ratzingera:

„Chcę terminu 30 czerwca. Mam przy sobie dokumenty. Przekazuję je wam. Macie dwa miesiące, aby przestudiować trzech zaproponowanych kandydatów i zdecydować, którego z nich wybrać”.

„To niemożliwe”, powiedział Kardynał, „Jest jeszcze za wcześnie.”

„Przecież dwa miesiące to dość czasu! A więc do 15 sierpnia?”

„O nie, w Rzymie w lipcu i w sierpniu się nie pracuje, wówczas jest urlop”.

„Zgoda, a więc do 1 listopada?”

„Ach, tego nie wiem; rozumiecie, to bardzo trudne”.

„Ale przynajmniej do Bożego Narodzenia. Przecież do Bożego Narodzenia będziecie mieli dość czasu”.

„Nie mogę wam odpowiedzieć. Nie mogę wam niczego powiedzieć”.

Zrozumiałem, że nie chce się nam dać nawet tego jednego biskupa, i napisałem list, w którym zagroziłem: „Jeśli do 30 czerwca nie przyznacie mi tego jednego biskupa, sam dokonam konsekracji biskupów”. Na tę groźbę odpowiedzieli mi: „Dobrze, dobrze, dostaniecie tego biskupa do 15 sierpnia, ale musicie jeszcze dołączyć życiorysy innych. Papież musi wybrać spośród tradycjonalistów tego, który mu rzeczywiście odpowiada”.

Musiałem dołączyć jeszcze pięć albo sześć życiorysów, po czym powiedzieli mi z całą stanowczością: „Trzeba przestudiować te życiorysy, a jest na to za mało czasu. 15 sierpnia już niedługo. Trzeba to przesunąć na później…” Być może powiedziano by mi także: „Ludzie, których proponujecie, nie są Papieżowi mili. Trzeba dołączyć jeszcze następne życiorysy”. I tak wodziliby mnie dalej bez końca za nos, to było oczywiste. Kardynał Ratzinger powiedział zresztą całkiem otwarcie: „Ale przecież wy nie potrzebujecie wcale biskupów. Jeśli zostaliście uznani, możecie poprosić jakiegokolwiek biskupa, aby udzielił wam waszych święceń”.

Wyczułem wyraźnie twardy sprzeciw. Mieliśmy już zaledwie jednego biskupa zamiast trzech i tylko dwa miejsca na siedem w komisji. Kontynuowanie pracy w ten sposób było już niemożliwe. Wola Rzymu, aby nie popierać Tradycji, nie ufać jej tak naprawdę, była oczywista.

Wszystko to wyłożyłem Dom Gerardowi, kiedy odwiedził mnie w Econe, i było to dla mnie prawdziwą niespodzianką, kiedy sześć tygodni później dowiedziałem się, że pertraktuje on z władzami w Rzymie i obiecał im, że pójdzie z nimi. Przekona się sam, na jakie trudności napotka. Albowiem oni go już nie wypuszczą. Będą postępować ostrożnie, powoli, ale pewnie.

Teraz, kiedy klasztor został uznany przez biskupa, stoi on dla wszystkich otworem, i ludzie będą tam przychodzić. Będą żądali Komunii na rękę. Co się stanie, jeśli im się jej odmówi?

W klasztorze benedyktynów we Flavigny Dom Augustin początkowo odmawiał Komunii na rękę. Teraz został zmuszony do tego, aby się zgodzić. Kiedy przybył biskup Jean Balland z Dijon, aby wyświęcić kapłanów Dom Augustina, zaprosił diecezjan na ceremonię święceń, co jest całkiem normalne. Dom Augustin został oczywiście zmuszony do koncelebrowania. A kiedy wierni podeszli, aby przyjąć Komunię na rękę, Dom Augustin nie mógł odmówić wobec biskupa, który w swojej katedrze i w swoich parafiach udziela Komunii na rękę. A więc udzielił wiernym diecezji Komunii na rękę.

Jest to diabelski krąg. Nie można z niego wyjść. Oni zdali się na biskupów i wcześniej czy później bez wątpienia nie unikną sytuacji, że będą czynić to, co biskupi z reguły czynią. Jest to bolesny stan i można mieć tylko nadzieję, że Rzym okaże się trochę bardziej apostolski.

Kiedy w swoim czasie przez dwanaście lat co roku odwiedzałem papieża Piusa XII, którego dobrze znałem, za każdym razem miałem okazję być przyjmowanym przez kardynałów prefektów rozmaitych kongregacji. Zauważyłem wówczas, że miałem do czynienia z pasterzami, z ludźmi, którzy posiadali ducha misyjnego, którzy troszczyli się o zbawienie dusz i o Kościół. Od tamtej pory ma się do czynienia tylko z administratorami. Nie zaprzątają oni sobie umysłów zbawieniem dusz i Kościołem. Wszystko jest chłodne i biurokratyczne.

Gdyby tylko mieli oni choć trochę ducha misyjnego i troski o dusze, wówczas z pewnością przyjęto by po wizytacji kardynała Gagnona protokół uzgodnień. Zamiast zamykać oczy, musiano by coś uczynić dla tych seminariów, które są dobrymi seminariami.

Podczas wizytacji nie szczędzono nam komplementów: „Ach, coś wspaniałego, takie seminaria! Jak wy to robicie? To nadzwyczajne!”

Siostrom z Fanjeaux arcybiskup Kamil Perl powiedział: „Na takich podstawach można znów odbudować Kościół”. Nie można było powiedzieć większego komplementu! Faktycznie zaś arcybiskup Perl jest wobec nas nastawiony bardzo nieprzyjaźnie. A obecnie nawet nas prześladuje.

Próbuje się nas zniszczyć! I to ma być zbawianie dusz? I to ma być Kościół? Sekta opanowała Rzym, opanowała Kościół, i wykorzystuje jego autorytet, aby zniszczyć Kościół przeszłości. Mają oni wypaczone umysły i wyobrażają sobie, że to orientowanie się na świat, ten uniwersalizm, ten ekumenizm, który przejawiają, jest religią przyszłości i tym, co Kościół na nowo ożywi.

Nie wykazuje się już troski o dusze, zajmuje się tylko owymi wielkimi zgromadzeniami, które są bardziej polityczne niż kościelne czy też duchowe. Jest to godna pożałowania sytuacja, i trudno sobie wyobrazić, kiedy i jak może się to zakończyć. Umysły są tak spaczone, tak nastawione przeciwko Tradycji, że są one również przeciwko przeszłości Kościoła. Również po tej wizytacji siedzib Bractwa i wiernych Tradycji wspólnot ich poglądy nie uległy zmianie, i istnieje mała nadzieja, że sytuacja się zmieni.

Przed kardynałem Gagnonem i arcybiskupem Perlem niczego przecież nie ukrywano. Mogli oni wizytować wszystko, co chcieli, mogli zadawać pytania, jakie tylko chcieli.

Kardynał Gagnon był rzeczywiście ze wszech miar uprzejmy. Prawił nam komplementy, o które wcale nie prosiliśmy. Powiedział na przykład o Econe podczas ostatniego skromnego toastu przed swoim odjazdem: „Jesteśmy radzi, jesteśmy zadowoleni, że zobaczyliśmy tę pracę, która jest prowadzona w seminariach”.

A teraz on atakuje nas bezlitośnie. Oświadcza: „Arcybiskup Lefebvre niczego nie zrozumiał, jeśli idzie o stosunek do Rzymu. Rzym chce ponownego pojednania, on chce uznania swoich dzieł. My chcemy ponownego pojednania, a na czym ono polega? Na przyznaniu się do błędów”. Taki jest zatem rezultat wizytacji! To nie do wiary! Ja nic nie zmyślam. Zostało to całkiem otwarcie napisane w gazetach: „przyznanie się do błędów”, i to po tym, jak obdarzono nas komplementami! Nie rozumiem, co po tych wszystkich oświadczeniach mogło tak zmienić nastawienie Rzymu wobec nas.

Po tym wszystkim uważam, że możemy dziękować najukochańszemu Bogu za obfitość łask, jakimi nas obdarza. Albowiem mimo wszystkich przeszkód liczne są powołania. Zarówno w Karmelu, jak i u sióstr w opactwie Saint-Michel jest w tym roku po raz pierwszy bardzo wiele powołań! U dominikanek również. W istocie nie można powiedzieć, żeby konsekracje biskupów powstrzymały młodych ludzi i doprowadziły do zaniku powołań i że wszyscy się boją. Wprost przeciwnie. Wszyscy mówią sobie: teraz jesteśmy pewni, że mamy sakramenty, jesteśmy pewni, że zostaniemy wyświęceni na kapłanów, że wiara katolicka zostanie zachowana. A to jest najważniejsze.

Bogu dzięki Bractwo nie pozostaje osamotnione. Ono kontynuuje Kościół wspólnie z dominikanami, dominikankami , kapucynami, z kapłanami ojca Lecareux. Wcale nie twierdzimy, jak nam się to niesłusznie przypisuje, że jesteśmy osamotnieni. Jesteśmy zjednoczeni z tymi wszystkimi, którzy chcą kontynuować Kościół katolicki, i to zgodnie z nauką papieży, którą ci głosili zawsze przez dziewiętnaście wieków do Drugiego Soboru Watykańskiego.

Bractwo nie jest ani partią, ani sektą opartą na folklorze. Nie chodzi o nic takiego. Sytuacja jest znacznie poważniejsza. My chcemy bronić nie tylko liturgii. Oczywiście liturgia jest wyrazem naszej wiary i nie chcemy, żeby była atakowana i wypaczana, ale to problemy wiary są zasadniczo decydujące.

Liberałowie nie wierzą już w boskość Naszego Pana Jezusa Chrystusa i nie chcą, aby jeszcze w nią wierzono. Wszystkie podstawowe pojęcia Kościoła zostają obalone przez liberałów. Tak więc na przykład wiara nie jest dla nich czymś obiektywnym, samym w sobie trwałym, jest ona czysto religijnym uczuciem. Andrzej Frossard cytuje w swojej książce definicję Jana Pawła II jego własnej wiary: „Moja wiara jest to ujawnianie się mojej podświadomości”. To odpowiada dokładnie definicji modernistycznej. Albowiem jeśli wiara jest wytworem podświadomości, każdy może posiadać swoją własną wiarę. W ten sposób doszło do Asyżu. Szanuje się wiarę drugiego człowieka, ponieważ jego podświadomość mówi mu, czym jest Bóg. To właśnie mówi mu jego podświadomość, jego uczucie: respektujemy zatem i szanujemy uczucia religijne mahometan, fetyszystów i wszystkich innych. Ale to jest herezja! To jest całkowite przeformowanie religii.

Kościół uczy nas czegoś całkiem przeciwnego na podstawie Tradycji, mianowicie tego, że nasza wiara jest związana z nauką Naszego Pana Jezusa Chrystusa, z Objawieniem. Nie możemy wybierać danego nam Objawienia wedle własnego widzimisię, tylko mamy je mocno trzymać naszym rozumem. To jest wiara. Musimy się podporządkować Credo, Katechizmowi Soboru Trydenckiego. Tego nie da się zmienić.

Moglibyśmy przyjąć także inne postawy, przede wszystkim postawę radykalnej opozycji: Papież zezwala na liberalne idee, a więc jest heretykiem, a tym samym nie ma już papieża. Jest to sedewakantyzm. To już koniec, już nie patrzy się na Rzym. Kardynałowie, którzy zostali mianowani przez papieża, nie są już kardynałami; wszystkie decyzje, które papież podejmuje, są nieważne. Na taką postawę zdecydowali się o. Guerard de Lauriers i kilku kapłanów, którzy nas opuścili: nie ma już papieża.

Osobiście zawsze wyznawałem pogląd, że byłaby to zbyt uproszczona logika. Tak prosto sprawy nie wyglądają. Nie można komuś tak łatwo i stanowczo zarzucać, że jest heretykiem. Wydaje mi się zatem słuszne, żeby się dystansować tylko do faktów, aby jednak utrzymać kontakt z Rzymem i uważać, że w Rzymie, tak jak dotąd, jest następca Piotra. Zły następca Piotra, to z pewnością, za którym nie wolno podążać, ponieważ ma liberalne i modernistyczne poglądy. Ale on jest i może się w każdej chwili nawrócić. Z drugiej strony człowiek ma prawo, jak powiada święty Tomasz, występować również publicznie przeciwko autorytetom, jeśli głoszą one i wyznają herezję. I to my czynimy. Kto wie, czy łaska Boża kiedyś nie poruszy papieża, aby się nawrócił? Mówi mi się czasami: „To jest utopia! Nigdy nie uda się wam go nawrócić”. Ja również nie robię sobie wielkich nadziei, ponieważ nie mogę go nawrócić, to może tylko najukochańszy Bóg. A u Boga wszystko jest możliwe.

W każdym razie od czasu, kiedy biskup de Castro Mayer i ja przeciwstawiliśmy się Papieżowi publicznie z powodu Asyżu, nie zorganizowano więcej tak wielkiej uroczystości jak wówczas pod jego przewodnictwem. Były jeszcze rozmaite uroczystości, ale o mniejszym znaczeniu. Przyjmował on delegacje, ale nie obejmował przewodnictwa. Stał się nieco bardziej umiarkowany.

Kiedy kardynał Ratzinger poinformował mnie, że Papież oglądał rysunki, jakie wykonaliśmy z okazji Asyżu, i że one go zbytnio nie ucieszyły, odpowiedziałem mu tylko: „Oby tylko te rysunki mogły się przyczynić do ratowania jego duszy. Mam nadzieję za niego, że te rysunki nie urzeczywistnią się w godzinie jego śmierci”. Ale faktem jest, że w niebie nie ma ekumenizmu. Jeśli Papież będzie chciał kontynuować ekumenizm w niebie, to się rozczaruje. Dlatego zły wróg na tym rysunku powiada: „Tutaj! Zmyliliście trasę! Droga z Asyżu nie prowadzi do raju, tylko tu! Do mnie!”

Postawa, o której sądzę, że osobiście muszę ją przyjąć, wydaje się w każdym razie najbardziej rozważna, najbardziej celowa i zarazem najbardziej apostolska. Przede wszystkim z powodu nadziei na nawrócenie, z powodu nadziei, że nasz opór i zdecydowane reprezentowanie naszego stanowiska skłoni wreszcie Papieża do zastanowienia się nad sytuacją. W przeciwieństwie do sedewakantystów my w naszym działaniu idziemy za nim jako następcą świętego Piotra. Zwracamy się do niego w tej jego właściwości i modlimy się za niego.

Większość wiernych i kapłanów tradycjonalistycznych reprezentuje również pogląd, że jest to najmądrzejsze i najsłuszniejsze rozwiązanie, aby uznać, że na tronie Piotrowym zasiada następca, ale że jest konieczne, aby mu się całą siłą przeciwstawiać z powodu jego błędów, które rozpowszechnia. Dla każdego, kto wyznaje wiarę katolicką, obowiązkiem jest absolutne odrzucanie reform soborowych, które przeczą Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła i pouczeniom papieży sprzed Drugiego Soboru Watykańskiego.

Wprawdzie istnieją i tacy, którzy są chorzy na myśl, że trzeba się przeciwstawić Rzymowi. Oni się na to nie zgadzają, ponieważ w istocie nie dostrzegli problemu liberalnej inwazji w Rzymie.

Dlatego wydaliśmy również owe książki, takie jak List otwarty do zakłopotanych katolików i Oni Jego zdetronizowali, podobnie jak inne dokumenty, przede wszystkim nasze pisma okólne. Wystarczy zorientować w tych pismach. Pobudzają one do myślenia. Ci, którzy się wahają, mają może czysto sentymentalną wiarę, ale nie mają ducha nauki Urzędu Nauczycielskiego Kościoła Wszechczasów, Tradycji, właśnie wiary katolickiej. Oni powiadają: „Nie zgadzamy się ze wszystkim, ale nie można się odłączać od papieża. My wolimy być związani z władzami kościelnymi przynajmniej prawnie, kanonicznie, zgodnie z przepisami. Nie możemy pozostawać tak do końca oderwani od władz Rzymu i od biskupów. To niemożliwe. Ale zobaczycie, że zachowamy Tradycję. Będziemy się starać. Będziemy podejmowali to i owo. Nie pozwolimy się oszukać”. Wszyscy, którzy nas opuścili i którzy tak mówili, zrezygnowali. Nie mogli znieść tego, że są tak bardzo oderwani od autorytetów Kościoła. Ale te władze kościelne krok po kroku chcą nas zmusić do zrezygnowania z Tradycji. Tym, którzy starają się zachować Tradycję, władze kościelne również oświadczają: „Sobór! Sobór! To jest wielkie Zesłanie Ducha Świętego! Trzeba się podporządkować. Możemy wam pozwolić na zachowanie w niewielkim stopniu Tradycji, ale musicie uznać sobór w całości”. Kardynałowie Mayer i Decourtray nie są wolni od mówienia tego.

A co robią ksiądz Bisig, ksiądz Laffargue i Dom Gerard? Ich odpowiedź jest taka: „Niekoniecznie jesteśmy przeciwko Soborowi, można to interpretować”.

Ale w ten sposób popada się w sytuację pełną sprzeczności, ponieważ właśnie z zasad Soboru wynikła wojna z Tradycją. Pewnego dnia zostaną oni zmuszeni do zaniechania również tej odrobiny Tradycji, na jaką im się jeszcze dziś zezwala. I także już dziś muszą oni uznać sprzeczność między zachowaniem Tradycji a realizacją postanowień Soboru. Sytuacja bez wyjścia.

Wspominałem już przypadek Dom Augustina. Kiedy w swoim czasie poinformował mnie telefonicznie: „Ekscelencjo, nie przybędę na święcenia. Biskup Dijon obejmie teraz święcenia zakonników klasztoru”, dodał jeszcze: „Myślę, że nie będę mógł nadal pozostawać tak daleko od Rzymu i od władz kościelnych. Chcę żyć w posłuszeństwie. Ale chcę zachować Tradycję. Nie damy się pokonać reformom soborowym”.

Gdyby mu w tym momencie powiedziano: „Nie dłużej niż za dwa lata będziecie udzielać Komunii na rękę, będziecie koncelebrować wraz z biskupem Lionu”, zaprotestowałby: „Nigdy! My zachowamy Tradycję”. No a teraz jednak doszło do tego. I sześć miesięcy po naszej rozmowie telefonicznej również on odprawiał nową Mszę jako Mszę konwentualną.

W Fontgombault tak samo jak u Dom Augustina spadła liczba zakonników, którym wolno było odprawiać Mszę prywatnie. Otrzymali oni odnośne wskazówki.

Władze kościelne są przekonane o dobrodziejstwie ich Mszy, ich Soboru, ich reform. Kiedy podczas synodu w 1985 w Rzymie obchodzono dwudziestą rocznice zakończenia Soboru, wszystko było tylko jedną wielką pochwałą Soboru: „Nowe Zesłanie Ducha Świętego!” Nie zatrzymując się dłużej nad stwierdzeniem, że jeszcze wiele rzeczy nie jest w porządku, położono główny nacisk na wielkie nadzieje, jakie można pokładać w ruchu charyzmatycznym i zielonoświątkowym. W Rzymie chcą być mocno o tym przekonani. Zamykają uparcie oczy na katastrofy, które spowodował Sobór, a które oni sami teraz finalizują, na ruinę, w jaką spychają teraz Kościół. I chcą, abyśmy my również poszli z nimi w tym kierunku. Ale gdybyśmy zrobili choć jeden krok w tej mierze, gdybyśmy bez zabezpieczenia podporządkowali się władzom, choćby na krótszą lub dłuższą metę, za dwa, trzy albo pięć lat wyrzeklibyśmy się Tradycji. Nie możemy się podporządkować władzom, które chcą nas zmusić, abyśmy się wyrzekli Tradycji.

Jak już wspomniałem, udałem się zatem na rozmowy do Rzymu, ponieważ chciałem zobaczyć, czy możemy osiągnąć porozumienie z władzami kościelnymi, które chroniłoby nas niezawodnie przed ich liberalizmem i jednocześnie zabezpieczałoby Tradycję. Musiałem jednak stwierdzić, że niemożliwe było doprowadzenie do skutku układu, który zapewniłby nam pełne bezpieczeństwo i jednocześnie pozwoliłby na przekonanie, że Rzym ma szczerą wolę współdziałania w zachowaniu Tradycji. Czekałem do 2 czerwca, aby następnie napisać do Papieża, że niestety, bardzo mi przykro, ale nie mogę się z nim porozumieć. Jego cel jest inny niż mój. Dla niego zawarcie takiego układu ma na celu podporządkowanie nas Soborowi. Moim celem natomiast jest możliwość nie wplątywania się w Sobór i jego wpływy.

Rzeczywiście zdumiewające jest, że miesiąc po tym Dom Gerard uwierzył, iż dłoń, którą ja puściłem, on może znów ująć, iż jest w stanie zachować Tradycję, nawet będąc podporządkowany władzy hierarchicznej.

W każdym razie hierarchia nieustannie przypomina im wszystkim: „Sobór! Cały Sobór! Czy nie zrozumieliście?” Jaka zatem będzie nasza postawa? Jasne jest, że nie możemy mieć żadnego stosunku do tych wszystkich, którzy nas opuszczają albo opuścili z powodu sedewakantyzmu albo dlatego że chcą być podporządkowani dzisiejszej hierarchii Kościoła, a mimo to mają nadzieję, że zachowają Tradycję. My mówimy, że nie można być podporządkowanym władzom kościelnym i jednocześnie zachowywać Tradycję. Oni jednak twierdzą całkiem przeciwnie. A to oznacza wprowadzanie w błąd wiernych. Potrafimy tych odszczepieńców jeszcze tak bardzo szanować, oczywiście nie wchodzi w grę, aby ich obrażać, ale nie chcemy sobie pozwalać na polemiki i wolimy nie mieć z nimi nic wspólnego. To jest ofiara, jaką trzeba ponieść. Ale to nie zaczęło się dopiero dzisiaj, to trwa już dwadzieścia lat. Martwimy się z powodu tych wszystkich, którzy się od nas odłączają, ale jeśli chcemy zachować Tradycję, naprawdę nie mamy innego wyboru. Musimy być wolni od kompromisów zarówno w odniesieniu do sedewakantyzmu, jak i w odniesieniu do tych, którzy chcą być bezwarunkowo podporządkowani władzom kościelnym.

My chcemy pozostać związani z Naszym Panem Jezusem Chrystusem. Ale Drugi Sobór Watykański zdetronizował Naszego Pana. My natomiast chcemy pozostać wierni Naszemu Panu, Królowi, Księciu i Władcy całego świata. Nie możemy odejść od tej linii postępowania.

A kiedy nas pytają, kiedy dojdzie do naszego pojednania z Rzymem, moja odpowiedź jest prosta: „Kiedy Rzym z powrotem wyniesie na tron Naszego Pana Jezusa Chrystusa”. Nie możemy być jednej myśli z tymi, którzy zdetronizowali Naszego Pana Jezusa Chrystusa. W dniu, kiedy oni uznają Naszego Pana jako Króla ludów i narodów, to nie my będziemy tymi, do których oni powrócą, tylko Kościół katolicki, w którym my zostaniemy.

Kazania abpa Marcela Lefebvre. Dokumenty, kazania i wytyczne. Dokumentacja historiograficzna, Warszawa 1999, ss. 237-252. Tekst, z drobnymi poprawkami i pogrubieniami Pelagiusza, za: chomikuj.pl.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s