Kazanie bpa Sanborna o św. Piusie X

W święto prawdziwego Papieża, pogromcy modernizmu.

Pelagiusz z Asturii

W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

W najbliższy wtorek obchodzimy uroczystość świętego Piusa X. Niemożliwe, byśmy nie zwrócili szczególnej uwagi na tego wielkiego świętego, gdyż jest on naszym przywódcą w walce z modernizmem. Nasz opór wobec modernizmu nie opiera się bowiem na naszym własnym autorytecie, lecz raczej na autorytecie owego wielkiego papieża i świętego, który sto lat temu wskazał modernistów palcem, i powiedział: „Jeśli uda im się zrealizować postulowany przez siebie program, zniszczą Kościół”. I właśnie walka z modernizmem jest bez wątpienia najważniejszym aspektem jego życia. Stanowi też prawdopodobnie główną przyczynę, dla której został ogłoszony świętym.

Lecz winniśmy przyjrzeć się innym aspektom jego świętości. Często koncentrujemy się na walce Piusa X z modernizmem, lecz był on święty pod wielu innymi względami. Zauważamy trzy główne „obszary”, na których zaznaczyła się jego świętość. Pierwszym była jego miłość i wrażliwość wobec ubogich. Drugim – zapał w realizowaniu obowiązków stanu. Trzecim zaś: pokora.

Powiedzmy najpierw o jego miłości i wrażliwości wobec ubogich. Józef Sarto urodził się w ubogiej rodzinie. W jego domu rodzinnym, który odwiedziłem, chodziło się po ubitej glinie. Jego rodzice byli ludźmi skromnymi – jeśli mówimy o dostatności życia. Jako chłopiec znał ubóstwo; nie stać go było na opłacenie seminarium. Polegał zatem na wsparciu od dobrodziejów oraz na stypendium. W trakcie całego życia nieprzerwanie rozdawał to, co posiadał. Jako seminarzysta dzień w dzień połowę swojego jedzenia zanosił pewnemu zubożałemu umierającemu człowiekowi w podeszłym wieku. Czynił tak aż do dnia jego śmierci.

Jako ksiądz często oddawał swój własny obiad ubogim parafianom, sam zaś pościł. Mówi się, że jako biskup Mantui zastawił swój własny biskupi pierścień, by wspomóc ubogich. Jako biskup i kardynał wykorzystywał własne środki, by wspomagać potrzebujących seminarzystów, ponieważ w owych czasach drogę kapłaństwa obierali niemal wyłącznie ubodzy; klasy wyższe, opanowane próżnością oraz innymi sprawami światowymi trzymały się od seminariów z daleka1. Zaś jego siostry musiały chować mu ubrania – koszule i bieliznę – z obawy, że również je rozda. Żaden pieniądz nie trzymał się go zbyt długo. Gdy otrzymywał jakieś środki, niezwłocznie je rozdawał. Nigdy nie miał niczego dla siebie; otrzymywane pieniądze wciąż oddawał innym. Jako kardynał patriarcha Wenecji dwukrotnie dostawał piękne zegarki. Zanim został biskupem kupił sobie zegarek – z niklu; tani zegarek, który towarzyszył mu do końca życia, nie chciał się z nim bowiem rozstać. Pewien niemiecki szlachcic ofiarował mu piękny złoty czasomierz wysadzany diamentami – i nie muszę wam mówić, co się z tym zegarkiem stało. Kardynał Sarto wolał prostotę swojego niklowego zegarka i chciał rozdać ubogim to, co uzyskał ze sprzedaży owego wspaniałego czasomierza. Istnieje wiele innych podobnych historii, ale opis tego jednego zdarzenia pozwala nam pojąć jego wrażliwość na ubogich.

Po drugie: Giuseppe Sarto charakteryzował zapał w realizowaniu obowiązków stanu i to w tej dziedzinie prawdziwie okazuje się jego wielkość. Przez całe swe życie poświęcał się całkowicie dla zbawienia dusz. Na przykład jako biskup i kardynał osobiście udawał się z wizytą do chorych i umierających. Nie potrafił zrezygnować z tych odwiedzin i przybywał do ich łóżek. Zwykle tego nie robiono – biskupi zlecali to zadanie podległym sobie księżom. Lecz on zawsze osobiście doglądał sprawy zbawienia powierzonych sobie dusz – od momentu, gdy został wikarym, do chwili, gdy został papieżem. W tym znaczeniu na zawsze pozostał księdzem parafialnym. Nigdy nie zrezygnował ze swoich zadań jako księdza parafialnego, a piastowanie coraz wyższych godności w kościelnej hierarchii oznaczało dlań po prostu powiększanie jego parafii. A zatem, gdy został biskupem – obszar jego parafii powiększył się, gdy otrzymał godność kardynała – jej wielkość wzrosła jeszcze bardziej, a jako papież odpowiadał za… bardzo dużą parafię.

Ale nigdy nie wyzbył się tej prostoty serca, która powodowała, że oddawał się sprawie zbawienia duszy każdego swojego parafianina z osobna. Co dzień odwiedzał seminarium. We Włoszech seminarium jest niemal zawsze połączone z kancelarią diecezjalną. A więc każdego dnia miał zwyczaj nawiedzać seminarium. Niekiedy sam nauczał; przez dwa lata jako biskup diecezji prowadził w seminarium zajęcia. Lecz co dzień – czy to jako kardynał, czy jako biskup – odwiedzał seminarium. Od czasu do czasu zaś „wpadał” na zajęcia prowadzone przez tamtejszych profesorów. Szczerze wam mówię, że ostatnią rzeczą, jaką chcielibyście oglądać będąc profesorem seminarium jest pojawienie się przed drzwiami sali, w której macie prowadzić wykład, kardynała patriarchy Wenecji zamierzającego przysłuchiwać się temu, co będziecie mówić. Gdy niespodziewanie przybywał na zajęcia, profesorom musiały przechodzić po plecach ciarki.

Był również pełen zapału jeśli chodzi o rozwijanie życia parafialnego. W trakcie całego swojego posługiwania propagował nabożeństwo do Najświętszego Sakramentu oraz do Najświętszej Maryi Panny. Nieustannie wzywał do głoszenia większej liczby coraz lepszych kazań. W jego czasach powszechny był wśród kaznodziejów styl charakteryzujący się dążeniem do wielkiej elokwencji i chęcią mówienia o sprawach bardzo wzniosłych, które zwykle pozostawały poza zasięgiem wyobraźni świeckich2. Ów styl kaznodziejstwa miał w sobie coś z pychy. Józef Sarto ostro go zwalczał. Mówił: „Głoście ludowi kazania na temat katechizmu oraz prawa Bożego i kościelnego. Jeśli tak będziecie robić – i to często – wzrośnie u nich wiara i będą pilniej przestrzegali przykazań. I była to prawda. Takie postępowanie przyniosło wielkie powodzenie.

W Mantui zwyczajowo biskup głosił kazania tylko siedem razy w roku. Józef Sarto zniósł ten zwyczaj – jako biskup kazał znacznie częściej. Nie mógł bowiem pozostać milczący w sprawie świętej ewangelii.

Z wielką gorliwością troszczył się o religijną edukację młodzieży oraz dorosłych. Za wielkie zło swoich czasów uważał ignorancję Włochów w sprawach wiary3. Dbał niezwykle o właściwe udzielanie sakramentów, dobrą muzykę kościelną oraz dobrą kościelną sztukę. Na temat muzyki oraz sztuki kościelnej miał olbrzymią wiedzę. Był zatem w stanie z jednej strony utrzymywać bardzo serdeczne stosunki z ubogimi, z drugiej zaś – z ludźmi wykształconymi oraz majętnymi. Był bowiem człowiekiem niezwykle kulturalnym.

Prawie nigdy nie opuszczał swojej diecezji – wyjeżdżał zaledwie na kilka dni w roku, a nawet wtedy tylko z powodu obowiązków, do jakiego wzywała go miłość lub stan życia. Trwał na stanowisku mimo wielu niepowodzeń. Gorliwość przynosiła mu wiele sukcesów, ale zdarzało się też wiele porażek. Według jego własnych słów w licznych przypadkach nie udało mu się osiągnąć tego, co zamierzył, w kwestii nauczania wiernych mającym na celu zwiększenie ich pobożności. W wielu zaś innych sprawach na drodze stawał mu wrogo nastawiony włoski rząd. Lecz jego wytrwałość w obliczu porażek to widomy znak jego świętości. Ukazuje bowiem, że Józef Sarto nie działał pobudzany wyłącznie ludzkim, osobistym zapałem, lecz gorliwością otrzymaną z łaski Bożej. I tak jak Pan Jezus wytrwał, mimo że większość żydów Go odrzuciła, działając w oparciu o to, że otrzymał od Boga doniosłe posłannictwo – sam Bogiem będąc – otrzymał od Boga Ojca misję, by w uświęconej przez Siebie ludzkiej naturze stać się Zbawicielem świata. I w owym zadaniu zbawienia świata nie zrażał się niczym. Podobnie Pius X nie zrażał się niczym w dążeniu do realizacji celów Królestwa Bożego na ziemi. Nieprzerwanie objeżdżał całą swoją diecezję i miał zwyczaj niespodziewanie „wpadać” z wizytami. Słynna jest historia jego odwiedzin w parafii znanej z tego, że pracujący tam kapłan spóźniał się do konfesjonału. Zawsze przybywał tam spóźniony. Jak można się spodziewać, pewnego dnia kapłan ów wychodzi z zakrystii i kieruje się w stronę konfesjonału – spóźniony – otwiera drzwiczki i kogóż zastaje w środku? samego biskupa Mantui! Nie potrzebuję dodawać, że spóźnialskiego przeszedł dreszcz. Józef Sarto był księdzem parafialnym całej swojej diecezji.

Trzecią z jego wielkich cnót była pokora, skromność, zapominanie o samym sobie. Przez całe swoje życie nie był, jak zaznaczyłem, nikim innym niż księdzem parafialnym. I niezależnie od tego, jaką zostawał obdarzony godnością – włączając w to godność kardynała patriarchy Wenecji, która jest jedną z najwyższych godności w Kościele katolickim – nie zachwiało to jego pokorą. Była ona jak twierdza, do której żadna próżność, zwykle godnościom towarzysząca, nie zdołała się wedrzeć. Nigdy nie brał samego siebie zbyt poważnie. Jako kardynał patriarcha Wenecji na służącego wybrał sobie prostaczka, kogoś, kogo moglibyśmy określić mianem „idioty” – człowieka o bardzo prostym umyśle. To był jego osobisty służący – wybrał go bez wątpienia dlatego, że ten nie miał pieniędzy i prawdopodobnie potrzebował miejsca, gdzie mógłby mieszkać. Żył więc z kardynała. Lecz osobą, z którą spotykałeś się najpierw, jeśli chciałeś widzieć się z kardynałem, był ów pokorny, prosty człowiek.

Kardynał miał też zwyczaj chodzenia ulicami Wenecji i rozdawania pieniędzy ubogim dzieciom, bardziej zamożnym zaś – słodyczy. I był w tym tak dobry, że na ulicach Wenecji otaczały go dzieci i kobiety – tłumy kobiet i dzieci – które rozmawiały z nim i po prostu cieszyły się jego obecnością – był bowiem tak dobry. I rozmawiał ze wszystkimi tymi ludźmi żywo zainteresowany ich życiem. Pamiętał ich i zadawał pytania o to, jak im się wiedzie. Był człowiekiem, który nie traktował siebie serio. Był prosty i pokorny.

Królowi Włoch, gdy ten przybył do Wenecji, złożył formalną wizytę. Zorganizowano ją w ten sposób, że gdy kardynał patriarcha przybył, miał bezzwłocznie spotkać się z królem, bez konieczności czekania ani chwili, – ponieważ król miał dla niego taki szacunek. Lecz prefekt Wenecji chciał zrobić kardynałowi patriarsze afront, więc również przyszedł do króla z wizytą. Król przyjął go, a kardynał patriarcha, późniejszy święty Pius X, musiał czekać. A zatem czekał w holu; nie denerwował się, ani nie gniewał; gawędził ze wszystkimi – aż do momentu, gdy król dowiedział się, że kardynał patriarcha już czeka – wtedy to niezwłocznie pożegnał prefekta i przyjął kardynała z honorami.

Wielką radość sprawiało mu przebywanie ze swoimi seminarzystami i spędzanie razem z nimi wolnych chwil. Odwiedzał ich letnie domy i przebywał tam z nimi przez pewien czas. Odwiedzał księży swojej diecezji.

Lekarz zalecił mu, by odbywał spacery po Wenecji. Robił więc przechadzki na Lido – Lido to plaża; pod koniec dziewiętnastego wieku plaża była – inaczej niż dziś – miejscem przyzwoitym4. Obecnie Lido to miejsce zamieszkałe przez szatana oraz ludzi idących za jego głosem. Ale wtedy, przed laty, można było przejść się wzdłuż Lido; kardynał Sarto idąc plażą odmawiał brewiarz, a gdy skończył, szedł na probostwa nieopodal i wpadał do księży parafialnych z wizytą.

Jeśli jesteś księdzem, twoja typowa postawa jest taka, że ostatnią osobą, którą chciałbyś zobaczyć otworzywszy drzwi swojego probostwa jest kardynał patriarcha Wenecji, twój biskup, ponieważ – z wyjątkiem sytuacji, gdy jesteś na jego wizytę przygotowany – wprawia cię to w wielkie zakłopotanie. Lecz kardynał Sarto był tak dobroduszny i pokorny, że kapłani przyjmowali go jako przyjaciela. Wyczekiwali jego wizyt. Był bowiem dla nich tak uprzejmy i dobry.

Gdy był już na Watykanie i z wizytą przybywali do niego starzy przyjaciele z Wenecji, przyjmował ich z taką samą serdecznością. Leon XIII był arystokratą i za jego pontyfikatu Watykan funkcjonował na sposób bardzo arystokratyczny – i nie mówię tego, by papieża Leona krytykować – lecz gdy na stolicy Piotrowej zasiadł Pius X, był tak pokorny i prosty, że gdy przyjeżdżali jego przyjaciele i czekali nań przed jego gabinetem, przychodził do nich i gawędził jakby był zwyczajnym księdzem parafialnym; siadał i rozmawiał – choć był papieżem. Za czasów Leona XIII byłoby to czymś niewyobrażalnym. Ale Pius X nic nie mógł na to poradzić; był w tak naturalny sposób pełen pokory.

Był również znany z wielkiej błyskotliwości i dowcipu. Przy stole, przy którym zajmował miejsce, nieodmiennie toczyły się bardzo ożywione rozmowy. To połączenie pozornie przeciwstawnych sobie cnót jest oznaką wielkiej świętości. W duszy bowiem świętego lew musi legać pospołu z jagnięciem [por. Iz 11,6]. Tak jest w przypadku każdego świętego. Lew lega pospołu z jagnięciem. Widzimy to u proboszcza z Ars. Widzimy to u świętego Tomasza Morusa. Widzimy to u każdego niemal świętego6. Mają oni tę swoją stronę, która jest bardzo silna i bezkompromisowa, oraz drugą – która jest bardzo delikatna, bezpretensjonalna i pokorna. Albowiem mocnym łatwo przychodzi przeprowadzać swoją wolę; albowiem mocnym łatwo przychodzi krzyczeć, wrzeszczeć i walić pięściami. Słabym zaś łatwo przychodzi być pokornym, delikatnym i cichym. Ale mocnemu trudno przychodzi być cichym. Słabemu zaś trudno przychodzi okazywać moc. I gdy takie cnoty łączą się w osobie jednego człowieka, jest to znak nadprzyrodzonej świętości.

Od świętego Piusa X powinniśmy uczyć się cnót. Jego hojność wobec ubogich winna uczyć nas oderwania od rzeczy tego świata; w tym świecie dobrobytu uczyć nas oderwania od rzeczy, od pieniędzy, od dolara – i mieć je sobie, jak mówi święty Paweł, za gnój [por. Flp 3,8]. Jego żarliwość winna uczyć nas zapału do pełnienia obowiązków naszego stanu. Pomyślcie o tym, kim byłby Pius X, gdyby nie był księdzem, ale osobą świecką. Gdyby się ożenił. Pomyślcie o jego staraniu o sprawy rodziny. Nauczaniu jego rodziny. O jej świętości. Pomyślcie o jego szacunku dla Kościoła i duchowieństwa. Jako młodzi ludzie pomyślcie o jego czystości i nabożeństwie do Najświętszej Eucharystii i Najświętszej Maryi Panny. Gdyby nie został księdzem… Gorliwość o spełnianie obowiązków swojego stanu.

Jego pokora niech uczy nas pokory. Jest ona bowiem nieodłącznym warunkiem osiągnięcia świętości. Jest ona jakby szklarnią; wilgotną i ciepłą szklarnią dającą wzrost wszelkiej cnocie.

Papież Pius XII dał nam świętego Piusa X. Ten sam Pius XII, który dał nam, co należy stwierdzić ze smutkiem, sobór watykański drugi. Zrobił to niechętnie i bezwiednie – ze względu na brak stanowczości w wykorzenianiu modernizmu wśród duchowieństwa oraz z powodu ustanawiania złych biskupów. Dał nam sobór watykański drugi, bowiem biskupi owego soboru byli biskupami z ustanowienia Piusa XII. A oni Kościół zdradzili. Ale dał nam również świętego Piusa X. I zrobił to w obliczu wielkiego sprzeciwu. Przeciw kanonizacji świętego Piusa X podniósł się ryk protestu. Dlaczego? Ponieważ podjął się on bezlitosnego zwalczania modernizmu i ścigał modernistów imiennie; tak usilnie, jak usilnie starał się o zbawienie każdej z osobna duszy w swojej wielkiej diecezji – Kościele, w swojej parafii, na którą składał się cały Kościół. A więc Pius X – z odwagą lwa – ścigał modernistów imiennie; usuwał ich; i wywoływał ich wściekłość. Gdy zaś został kanonizowany – jeszcze za życia wielu owych modernistów, którzy „cierpieli” pod jego rządami – włączając w to Roncallego, który stał się Janem XXIII5 – podniósł się ryk sprzeciwu. Lecz Pius XII zignorował to wszystko i kanonizował swojego poprzednika. Wiedział bowiem, że nadchodzi powódź. Uczynił więc Piusa X wzorem dla całego Kościoła. Nie ma na kartach historii Kościoła innego papieża podobnego Piusowi X. Pius X jest świętym. Oznacza to, że wszystkie kroki, jakie podjął przeciw modernizmowi, były właściwe, dobre i uzasadnione. Uświęcać innych – oto praca świętego. Więc choć moderniści mogą odebrać nam nasze świątynie, naszą mszę, nasze sakramenty, wszystko, co jest nam drogie, nie mogą nam odebrać świętego Piusa X. Znajduje się on już na zawsze wśród świętych. Nie mogą nam odebrać tego cichego jagnięcia, który zapominał o sobie samym i poświęcał swoje życie dziełu miłości. Nie mogą nam również odebrać tego lwa6, który zasiadając na tronie papieskim grzmiał przeciw wrogom Kościoła i zaciekle ich zwalczał. W imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

[1 września 2013]

Tłum. Łukasz Makowski

https://www.youtube.com/watch?v=xc2eqWFJVTc

Za: Wirtualne Wydawnictwo. Przypisy Pelagiusza:

1) I stąd wiele problemów dawniej i dziś. Omawiając doniosłość zadania, jakim jest duchowa opieka nad inteligencją, x. bp Tihamer Toth, jeden z najwybitniejszych duszpasterzy węgierskich w XX wieku, tak mówi o duchownych z tej warstwy:

„Faktem jest, że duszpasterstwo wśród inteligencji najłatwiej spełniają kapłani pochodzący z warstw średnich, którzy od dzieciństwa byli wychowani w swoim otoczeniu, którzy najlepiej rozumieją duchowe potrzeby swojej warstwy, dlatego z łatwością potrafią przemawiać do jej przekonań. Zrozumiałe, że kler, który ma pracować wśród wszystkich warstw, powinien się rekrutować ze wszystkich sfer społeczeństwa; bo w normalnych warunkach – abstrahując od darów łaski nadprzyrodzonej – kapłan tej warstwie społecznej będzie odpowiadał najlepiej, z której pochodzi. Jak zbawienną pracę duszpasterską mogą wykonać wśród zobojętniałej inteligencji pobożni kapłani, pochodzący z rodzin inteligentnych, dowodem tego jest praca trzech wybitnych kapłanów francuskich, należących do arystokratycznych rodów.” (podkreślenie jak w oryginale) Mowa jest zaś dalej o xx. Berulle (który później został kardynałem), Olier i de Condren. (cytat za: Opieka duchowa nad młodzieżą, tom I., nakładem „Komitetu Budowy Kościoła parafialnego na Zwierzyńcu w Krakowie, Kraków, 1940, ss. 10-11, dzieło już przytaczane przeze mnie tutaj).

Tak zaś w temacie i w naszych, polskich warunkach, wyraża się niedoceniany u nas niestety wielki myśliciel młodego pokolenia przedwojennych narodowców:

„Tych [ewangelicznych ludzi] jednak na razie nie ma i to przede wszystkim dlatego, że gdy proces odrodzenia religijnego rozpoczął się dopiero pośród inteligencji – seminaria duchowne zapełniają chłopi, nie tyle propter Jesu, ile propter esu (1). Synowie chłopscy garną się tam przeważnie dla kariery, w sukience duchownej widząc nie oznakę szczytnej służby Bożej, ale środek do wydźwignięcia się, dawnej szlacheckiej ‘krescytywy’(2) – w myśl tego dziś już raczej nieaktualnego przysłowia, że ‘kto ma księdza w rodzie, temu bieda nie dobodzie’. Jasna rzecz, że ten chłopski kler, tak niewysokiej na ogół próby, nie może mieć wśród swoich wielkiego poważania – przeciwnie, nieraz otoczony jest pogardą – ‘krew pańska jest zaszczyt przed gminem’ i rzadki dziś ksiądz ‘z panów’ ma tysiąc razy większe apostolskie możliwości i, na ogół biorąc, tysiąc razy lepiej je spełnia. Rozpisuję się nad tym tak obszernie, bo to, co tu można obserwować, a co jak mi się zdaje, nie jest tylko objawem lokalnym, i nad czym wszyscy na wsi biadają, a już najwięcej prawdziwe z powołania duchowieństwo – potwierdza przecież moją tezę, że choroba wsi to choroba jej duchowych przewodników. Brak księżych powołań wśród inteligencji i spowodowany nim rozpaczliwie niski stan wiejskiego kleru wyraźnie dowodzą, że drogą do naprawy stosunków jest, jak zawsze, naprawa z góry, a nie mimo całą swą paradoksalność – podstaw – owszem podstaw, ale ideowych, bo prawdziwą podstawą jest góra, i tak jak ruina budowli zaczyna się nie od fundamentów, ale od dachu, tak samo i społeczeństwa rozkładają się od góry…” (A. Meller, P. Tomaszewski, Ku „Nowemu Barokowi”. Myśl polityczna Karola Stefana Frycza (1910-1942). Wybór źródeł, wyd. von Borowiecky, Warszawa 2012, s. 179, co jest fragmentem artykułu K. S. Frycza pt. „Wiejskie problemy” z „Myśli narodowej”, nr 44, 1935 r., s. 669-671. Przypisy: 1. Propter Jesu / Propter esu (łac.) – dla Jezusa / dla nas; 2. Krescytywa – wyrost znaczenia, mienia, poprawa bytu.). Choć wydaje się, że dziś już nie ma stanów w „nowoczesnym społeczeństwie demokratycznym”, to jednak różnice w pochodzeniu i kulturze pozostają wyraźne zarówno wśród świeckich, jak i duchowieństwa.

2) Niedostosowanie kaznodziejstwa do rzeczywistych potrzeb świeckich jest zatem problemem istniejącym nie od dziś.

3) Brak zaś wychowania religijnego u Polaków był tematem poruszanym nierzadko przez o. Jacka Woronieckiego OP. To było celem powstania Przewodnika po literaturze religijnej, skierowanego do inteligencji. Inny przykład można znaleźć tutaj.

4) Przypomina mi się tu dyskusja, jakiej byłem uczestnikiem kilka lat temu, dyskusja, którą prowadziła pewna grupa młodych „tradycjonalistów” (o zapatrywaniach około lefebrystycznych) na temat godziwości chodzenia na plaże, oczywiście w warunkach takich, jakie na tych plażach dziś powszechnie panują. Spora część uczestników nie miała tu żadnych zastrzeżeń… Sytuacja ta (i nie tylko ta) świadczy o wręcz pandemicznym liberalizmie również w środowiskach „tradycji katolickiej”, i nie mówię tu bynajmniej tylko o jakimś konkretnym środowisku.

5) X. Franciszek Ricossa napisał całą serię artykułów o Janie XXIII, które są bardzo pouczające. Tu wszystkie części po francusku: pierwsza, druga, trzecia, czwarta, piąta, szósta, siódma, ósma, dziewiąta, dziesiąta, jedenasta, dwunasta, trzynasta, czternasta, piętnasta. Inny artykuł został przetłumaczony na język polski: „Roncalli (J-23) i masoneria”.

6) Widzimy to przede wszystkim u Najświętszej Maryi Panny, do której rzymska liturgia odnosi następujące słowa piątej antyfony z Nieszporów niedawno obchodzonego święta Wniebowzięcia: „Pulchra et decora, filia Jerusalem: terribilis ut castrorum acies ordinata” (z Pieśni nad pieśniami VI, 3: „Piękna jesteś, przyjaciółko moja, wdzięczna i ozdobna jak Jeruzalem, straszna jak wojska uszykowane porządnie!”).

Reklamy

4 comments on “Kazanie bpa Sanborna o św. Piusie X

  1. hedelix pisze:

    Wspaniałe, ale dla większej wiedzy należy posłuchać wczorajsze kazanie x. Rafała. Serce rośnie jak się to czyta i słucha? Czy ta strona będzie się posługiwać teraz tylko duchownymi związanymi z tezą Cassicacum ( nie wiem czy dobrze napisałem)?

  2. gladio pisze:

    Szanowny Panie, mam do Pana uprzejme zapytanie z dziedziny historii Polski oraz teologii: czy jest dozwolonym podważanie przez katolików słuszności Unii Brzeskiej (zasadniczy argument jej przeciwników: znaczące utrudnienie potencjalnej ekspansji Polski na Wschód albo chociaż utrzymania ówczesnego stanu posiadania na Wschodzie, a zatem ułatwienie schizmatyckiej Moskwie przetrwania i ekspansji)?
    I w sumie jeszcze jedno, jeśli Pan pozwoli, z trochę innej beczki: czy akcja chrystianizacyjna może być przez Kościół (tudzież wspierające go podmioty świeckie) wstrzymana, gdy jej rozpoczęcie/kontynuowanie grozi szerokimi niepokojami społecznymi, nie wspominając o buncie, wystąpieniach zbrojnych czy wojnie?
    Z góry dziękuję za odpowiedź.

    • Szanowny Panie,

      Co do pierwszej sprawy spotykałem się z obiekcjami tego rodzaju u niektórych lefebrystów. Nie wiem, czy przypadkiem Koneczny (który cieszy się większym autorytetem u niektórych „tradycjonalistów” niż katechizm) podobnych opinii nie wyrażał.

      Unia Brzeska była dobrowolnym podporządkowaniem się Kościołowi Chrystusowemu całych rzesz schizmatyków. Poddanie się biskupów, duchownych, świeckich pod jurysdykcję Papieża było rzeczą zbawienną dla wielu dusz.

      Unici dali Kościołowi wielu męczenników w późniejszych okresach prześladowań.

      Wydarzenie to miało charakter w istocie kościelny, religijny. Katolik nie może podważać wydarzenia o takiej doniosłości pod żadnym pozorem. Aspektów politycznych tego wydarzenia tu nie omawiam.

      Kościół jako jedyna arka zbawienia założona przez Pana Jezusa, Boga-Człowieka, z natury swej jest misyjny. Do Apostołów, którzy stanowili pierwszą hierarchię Kościoła, powiedział Pan Jezus: „Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, cokolwiek wam przykazałem. A oto ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata.” (Mat. XXVIII, 19n.).

      Dlatego, odpowiadając na drugie pytanie, Kościół nigdy nie zarzuci swej misji zbawczej wśród ludzi na ziemi. Ale może ona różnie wyglądać w różnych czasach i w różnych miejscach. Leży to w gestii roztropności jej władzy (Papieża, biskupów, przełożonych, wszystko w granicach jurysdykcji każdego, z wyjątkiem Papieża, którego jurysdykcja rozciąga się na świat cały). A roztropność nie została obiecana Papieżowi (tylko nieomylność), dlatego w tej materii mogą pojawić się niekiedy zaniedbania. Ale w istocie Kościół zawsze będzie miał na uwadze dusze schizmatyków, heretyków, żydów, mahometan i pogan i będzie dokonywał starań, aby ich nawrócić.

      Gdy chodzi o władzę świecką, jest to nieco bardziej złożone.

      Należy bowiem dokonać rozróżnienia między władzą kościelną a władzą świecką.

      Cel władzy kościelnej jest nadprzyrodzony. Jest to cel prowadzenia ludzi do nieba, salus animarum suprema lex. Dlatego też notabene moderniści sprzeciwiając się temu celowi nie posiadają władzy kościelnej. Jest to niemożliwe.

      Cel władzy świeckiej jest przyrodzony. Jest to dobro wspólne społeczności. Celem państwa nie jest chrystianizacja, ale dbanie o własnych obywateli czy poddanych.

      Cel pierwszy jest nadrzędny wobec celu drugiego, ale dla władzy świeckiej nie jest racją bytu. Władza świecka nie może się sprzeciwiać właściwemu celowi Kościoła, musi tak działać, aby nie utrudniać, a nawet ułatwiać Kościołowi spełnianie jego misji zbawczej. Ale samo w sobie nie jest to celem państwa.

      Faktem jest, że działalność misyjna Kościoła nie napotykała u ludów pogańskich sprzeciwu ani buntów, bowiem ubodzy misjonarze nie przychodzili z bronią, ale z katechizmem i sakramentami (po prostu z Ewangelią). To raczej władze tubylcze niekiedy sprzeciwiały się zbawczej misji Kościoła.

      In Christo Rege,
      Pelagiusz

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s