Pluszowy Młot na posoborowie i jego osobista „hipoteza z Cassiciacum”

(A propos pewnego wpisu z 2013, na który kiedyś trafiłem.)

Notka biograficzna

Niewątpliwie szlachetne cele przyświecały P. Krusejderowi, gdy przygotował i umieścił na swym blogu notkę biograficzną o. Michała Ludwika Guérard des Lauriers OP. W szerokich bowiem kręgach „tradycji katolickiej” jest to osoba skazana na prawdziwą damnatio memoriae. Jest tak zwłaszcza w Polsce, gdzie powszechnie obowiązuje lefebrystyczna wykładnia znaczenia słowa „tradycjonalizm katolicki” jak i jego historii1.

Był to jeden z najwybitniejszych tomistów XX wieku, niepospolity filozof i teolog, a nawet matematyk (doktorat w 1941 roku, nim jednak wstąpił do zakonu kaznodziejskiego został przyjęty w Ecole Polytechnique, ale ukończył Ecole Normale Supérieure). O jego trosce o czystość doktryny świadczy to, że na celowniku jego krytyki znalazły się błędne nauki de Lubaca OP, Congara OP, Teilhard de Chardin SI i K. Rahnera SI. Gdyby nie veto de Gaulle’a prawdopodobnie byłby kardynałem Kościoła katolickiego z nominacji Piusa XII. Jak słusznie zauważa P. Krusejder, w istotnej mierze zawdzięczamy mu dwa wielkie dokumenty kościelne: Munificentissimus Deus, którym Pius XII ogłosił dogmat o Wniebowzięciu Najświętszej Maryi Panny, a także Krótką analizę krytyczną Novus Ordo Missae, bez którego trudno byłoby sobie wyobrazić cały posoborowy ruch antymodernistyczny, skierowany początkowo przede wszystkim przeciwko tzw. nowej mszy. Jest to „szczegół” kompletnie pomijany w wyżej wspomnianej wykładni2.

W latach siedemdziesiątych opracował teologiczne rozwiązanie problemu autorytetu w Kościele w związku z powszechnym kryzysem neomodernistycznym wspieranym przez najwyższe władze watykańskie. Owo rozwiązanie otrzymało nazwę tezy z Cassiciacum. Nie podlega wątpliwości, że o. Guérard des Lauriers miał ku temu odpowiednie kompetencje. Krytykował ponadto posunięcia abpa Lefebvre’a zmierzające ku pojednaniu z Wojtyłą3 i zwracał uwagę, że gdyby planowane sakry biskupie odbyły się wbrew Wojtyle, ale jednocześnie w komunii z nim, byłyby „obce zdrowej doktrynie, naznaczone świętokradztwem, bowiem stanowiące zniewagę dla świadectwa świętej wiary, [a] ich jedynym wyjaśnieniem byłaby sztuczka Szatana” („Sodalitium”, nr 16, s. 17 za: życiorys ze strony IMBC).

Sam przyjął sakrę biskupią w 1981 roku dla zachowania, oblatio munda, ofiary czystej (bez skażenia komunii z modernistami), opuszczony w związku z tym prawie przez wszystkich, włącznie z tymi, którzy potem pochwalali czyn abpa Lefebvre’a. Uczciwość i spójność są jednak dość rzadkie…

Była to postać wyjątkowa, dlatego warto wiedzieć, kim był.

Omawianej notce z punktu widzenia biograficznego nie można zarzucić nic, oprócz tego, że dominikański teolog na Angelicum nie uczył. Po okresie nauczania w dominikańskim Saulchoir w Belgii, a potem we Francji (skąd nota bene denuncjował do Świętego Oficjum heterodoksyjne poglądy ojca Congara OP) i na uniwersytecie w Lille, został w 1961 roku profesorem Uniwersytetu Papieża, czyli Lateranu. Mieszkał wówczas przy dominikańskim Angelicum, w klasztorze zamieszkałym przez jego dawnego przyjaciela, o. Garrigou-Lagrange OP. Ale profesorem Angelicum nie był. Choć to tylko szczegół o niewielkim w sumie znaczeniu.

Błędne przedstawienie tezy z Cassiciacum przez P. Krusejdera

Gdy zaś chodzi o tezę z Cassiciacum tekst P. Krusejdera kuleje bardzo poważnie. Teza sama w sobie, w jej pierwszej i podstawowej „intuicji” jest łatwa do pojęcia, jak pisałem, ale jeszcze do niedawna jedyną informacją na ten temat w języku polskim była połowa traktatu biskupa Sanborna, poza zasięgiem przeciętnego wiernego. Nie dziw więc, że teza może być pokracznie rozumiana. Do tego jednak ogólny brak kultury umysłowej, przygotowania filozoficznego i teologicznego świeckich oraz niezliczone liczby fałszywych nauczycieli nie stanowią czynników dla powstania atmosfery sprzyjającej rozpatrywaniu dzisiejszego kryzysu w prawdzie.

Aby zatem rozjaśnić nieco tę materię w obliczu fałszywych wyobrażeń na jej temat powstał niniejszy tekst.

Najpierw cytat (za: przedsoborowy.blogspot.com):

Ojciec Guérard des Lauriers OP opierając się na pismach wybitnych teologów wywodzących się głównie ze szkoły dominikańskiej sformułował hipotezę sedeprywacjonistyczną, zakładającą iż Paweł VI popadając w herezje posoborowe utracił jurysdykcję nad Kościołem Powszechnym. Rozróżnienie między papieżem materjalnym – zajmującym tron papieski i mającym władzę administracyjną – a papieżem formalnym – posiadającym władzę Kluczy Św. Piotra odróżnia sedeprywacjonizm od sedewakantyzmu, a więc koncepcji zakładającej trwałą utratę urzędu przez papieża heretyka. Guerardiański papież materjalny może natomiast nawrócić się i wtedy uzyskuje pełnię władzy papieskiej.

Po pierwsze, co do samej nazwy: należy stanowczo odrzucić ten dziwoląg słowny, jakim jest „sedeprywacjonizm”, a którym posługuje się p. Krusejder i inni. Termin ten został ukuty, jak się zdaje, w języku angielskim (chyba przez jakiegoś Anglika), pewnie dla wygody, ale nie odzwierciedla rzeczywistości. Terminu privatio nie da się niestety łatwo przetłumaczyć na język polski, bywa oddawany jako brak, pozbawienie, utrata. Privatio jest, obok formy i materii, jedną z podstawowych trzech zasad Arystotelesowskiej filozofii przyrody (inaczej kosmologii, a dokładnie filozofii bytów ruchomych, ens mobile). Oznacza brak (pozbawienie) należnej danej naturze doskonałości lub formy, np. ślepota u człowieka albo brak piór u ptaka. Jako taka stosuje się oczywiście w różnych kontekstach. W Kościele taka privatio od Soboru Watykańskiego II odnosi się do prawowitego czy prawnego autorytetu. Kościół pozbawiony jest należnej mu władzy najwyższej, władzy w akcie, nie tyle faktycznej, co raczej prawnie sprawowanej (władzy de iure). Można też powiedzieć, że wybranemu przez konklawe brak formy papiestwa, która normalnie jest należna takiej osobie. Warto zwrócić uwagę, że termin „forma” jest analogiczny, jak wszystkie podstawowe pojęcia metafizyki. To znaczy, odnosi się do różnych rzeczy na sposób podobny, nie identyczny, pod pewnym względem taki sam, pod innym inny. Takie elementarne informacje przydały by się wszystkim nominalistom, którzy gdzieś tam przeczytali, że Papież nie może być tylko materialny, że musi być formalny, albo że co innego forma „filozoficzna”, a co innego forma „teologiczna”. Tu inaczej i tu inaczej rozumie się ten termin, ale nie całkiem inaczej (wieloznacznie), tylko analogicznie.

Termin „sedeprywacjonizm” oznacza natomiast albo pozbawienie stolicy (privatio sedis – „sedeprivatio”), co jest absurdem, albo to, że ewentualnie stolica jest pozbawiona piastuna, ale ten stan tradycyjnie nazywany jest przecież sede vacante. Więc termin „sedeprywacjonizm” jest co najwyżej zbyteczny. Wypadałoby ponadto porzucić używanie słowa, którego nie używają żadni duchowni przyjmujący tezę z Cassiciacum. Jeśli już, należy raczej mówić o privatio auctoritatis, ale powodzenia życzę z wymyśleniem jednosłownego określenia tego stanu. Coś dla lingwistów.

Dalej, teologiczne rozwiązanie problemu autorytetu w Kościele po Soborze Watykańskim II opracowane przez o. Guérard des Lauriers nie tylko nie jest „sedeprywacjonizmem”, ale też nie jest w ogóle hipotezą. Jest natomiast tezą, czyli zdaniem pewnym, wymagającym uprzednio przeprowadzonego dowodzenia. W omawianym kontekście dokonał tego twórca tezy z Cassiciacum na łamach „Zeszytów z Cassiciacum” pod koniec lat siedemdziesiątych (co streściłem tutaj). Hipoteza z greckiego oznacza „przypuszczenie” i nie ma charakteru pewności. Jest roboczą konstrukcją umysłową, stosowaną zwłaszcza w nowożytnych naukach przyrodniczych, gdzie zachodzi mniej pewności niż się powszechnie przypuszcza (choćby cała afera wokół tzw. ewolucji, gdzie do dziś nie ma ani jednego dowodu). Dla przyjmujących rozwiązanie problemu autorytetu przedstawione przez o. Guérard des Lauriers teza jest twierdzeniem pewnym i podstawową zasadą działania w obecnych okolicznościach.

Następnie, „hipoteza sedeprywacjonistyczna”, która nie istnieje, „nie zakłada” też herezji Pawła VI, jak pisze P. Krusejder. Teza z Cassiciacum wyjaśnia to, co stanowi przedmiot obserwacji każdego uczciwego człowieka: Paweł VI i jego następcy nie posiadają władzy Chrystusowej, a świadectwo tego dają „tradycjonaliści” odmawiający posłuszeństwa w wielu kluczowych dla wiary kwestiach i to tak czyniąc od dekad. W pewnym sensie, żeby sparafrazować biskupa Sanborna, wszyscy „tradycjonaliści” są „tezistami”, ponieważ odmawiają władzy Chrystusowej tym, którzy jej nie mają, nawet jeśli nie rozumieją do końca tego, co to oznacza.

Podstawowa „intuicja” tezy z Cassiciacum ma charakter indukcji, czyli obserwacji faktów. Teza się opiera na nich i w drugiej kolejności na teologii katolickiej, zwłaszcza tomistycznych mistrzach dominikańskich (Kajetan, Jan od św. Tomasza, ale także Bellarmin i inni). Na tym podwójnym fundamencie, gdzie pierwsze miejsce zajmuje stwierdzenie faktu, powstaje całe rozumowanie tezy, która głosi, iż neomodernistyczni okupanci Watykanu od Pawła VI (a nawet być może od Jana XXIII) nie posiadają władzy Chrystusowej, brak im formy papiestwa, pomimo tego, iż wedle wszystkich danych zostali ważnie wybrani na konklawe. Aspekt materialny papiestwa, czyli ważne konklawe pozostaje. Akceptacja wyboru ze strony elekta też. Przy okazji podkreślę też, że nie chodzi tu o fizyczne zajmowanie Stolicy Piotrowej, ale materialne. Przepędzenie mieszkańców Watykanu i zajęcie go nawet przez samego Krusejdera byłoby czysto fizycznym zajmowaniem Stolicy Piotrowej, oczywiście bez najmniejszego znaczenia dla Kościoła. Aspekt materialny polega zaś na ważnym wyborze na konklawe, które o. Guérard des Lauriers i wszyscy przyjmujący jego tezę uważają za fakt, chyba, że udowodniono by inaczej. Póki co takich niepodważalnych dowodów nie wysunięto.

To zaś, co robią ci okupanci, a co ma jakąś „wartość” czy „ważność”, nie jest „częścią” papiestwa, jak gdyby materialny aspekt był „niepełnym” papiestwem albo „częściową władzą”. Wskazywanie czy wyznaczanie uprawnionych elektorów Papieża jak i następców na stolicach biskupich jest konieczne dla przetrwania Kościoła w charakterze apostolskiego (vide Credo) i hierarchicznego. Nie jest to jedna z prerogatyw prawowitej władzy (autorytetu) in se, ale od niej odrębna. Jako sama w sobie odrębna, może bezeń być sprawowana.

Być może pomocna okaże się analogia z porządku politycznego. Podobnie jak lud, który wybiera władzę wskazuje tak naprawdę tylko piastuna władzy, która z kolei pochodzi od samego Boga. Św. Tomasz z Akwinu nazywa to pochodzeniem władzy od Boga za pośrednictwem ludu (ale nie należy zbyt szybko porównywać tego z tym, co mamy dzisiaj w „nowoczesnych państwach demokratycznych”). Tak jest w porządku politycznym, niezależnie od ustroju: wybór bezpośredni, dziedziczenie, tradycje, zwyczaje, etc., są to wszystko rzeczy zależne od człowieka.

W Kościele zaś władza również pochodzi od Boga, ale sposób jej wyznaczania zależy od człowieka, czyli od prawa kościelnego, które z kolei zawsze opiera się na prawie boskim. To Kościół ustalił, iż mają to być kardynałowie, a w razie, gdyby ich miało zabraknąć, teologowie rozważali różne warianty.

Dlatego nie do końca właściwe jest pisanie, że „papież materialny” „zajmuje tron papieski i ma władzę administracyjną”. Po pierwsze, używanie terminu „papież materialny” jest wątpliwym manewrem bez dostatecznego wyjaśnienia, na czym to w ogóle polega. Zwykłych wiernych z ławki po prostu myli. Po drugie, ów okupant nie zajmuje Stolicy Piotrowej, jak widzieliśmy, tak jak to mógłby zrobić ktokolwiek inny, ale materialnie, czyli według zasad konklawe. A po trzecie, owa „władza administracyjna” ogranicza się tylko do mianowania elektorów i następców na stolicach biskupich i jest raczej uprawnieniem, facultas niż władzą, potestas vel auctoritas (choć, przyznaję, bp Sanborn używa tu słowa „power”, czyli potestas, ale J. Eks. wie, o czym pisze, w przeciwieństwie do wielu internetowych komentatorów). Należy i tu dokładnie określić, co się ma na myśli pisząc „władza administracyjna”, bo i to wprowadzi w błąd przeciętnego czytelnika.

Utrata zaś czy pozbawienie formy papiestwa tożsame jest z brakiem jurysdykcji nad Kościołem czy władzy Kluczy, więc co do sedna sprawy P. Krusejder ma jednak pojęcie.

Istotnie, zachodzi rzeczywista różnica w opisie tej rzeczywistości między sedewakantystami opierającymi swą argumentację na herezji osobistej Montiniego i spółki a tymi, którzy przyjmują tezę z Cassiciacum. Niemniej jednak różnica ta nie powinna przysłaniać formalnej zgody między nimi i możliwości współpracy, jaka rzeczywiście zachodzi w wielu miejscach na świecie. Oba stanowiska formalnie zgadzają się, co podkreśla x. Franciszek Ricossa (w artykule polemicznym z fałszerstwami FSSPX) i jednocześnie formalnie różnią się od odpowiedzi lefebrystów, indultowców i innych konserwatystów, którzy utrzymują, iż Papież może błądzić w sprawach wiary i moralności, że faktycznie tak było w przeszłości (wbrew temu, co ustalono w czasach Soboru Watykańskiego I), że trzeba czasami stanąć po stronie Chrystusa przeciwko Papieżowi (nie powstydziłby się takich twierdzeń sam Luter), że wreszcie Papież może być antychrystem (słowa samego abpa Lefebvre’a).

Sedewakantyści, jak i katolicy wszystkich wieków, stanowczo odrzucali takie hasła gallikanów, jansenistów i protestantów oraz ich współczesnych spadkobierców ideowych.

Prawdą zaś jest, by wrócić do tekstu P. Krusejdera, że w obecnej sytuacji całkowite odrzucenie soborowych herezji, błędów i reform (liturgicznych i prawnych) stanowi jedno z dwóch możliwych rozwiązań obecnego kryzysu w Kościele. Kryzysu tego bowiem nie da się inaczej rozwiązać, jak od strony autorytetu. Lefebrystyczne i indultowe mrzonki o „nawracaniu Papieża i Kościoła” „od wewnątrz” świadczą o całkowicie fałszywym pojęciu Kościoła i autorytetu jakie ma wielu „tradycjonalistów”. Stanowisko to zakłada kilka błędów, ale prowadzi też do wielu kompromisów w sprawach wiary, czego jesteśmy świadkami od dekad i czego nie widać końca. Za czasów Jana Pawła II i Benedykta XVI indultowcy zamilkli, a za czasów Franciszka, o dziwo, lefebryści (przy czym uaktywnili się znowu tamci).

Dalej w swym tekście P. Krusejder wylicza różnych uczniów i spadkobierców myśli dominikańskiego teologa. Nie wiem czy należy do nich zaliczać x. Rafała Trytka, bo nic na ten temat nie wiadomo publicznie, ale to już w sumie sprawa drugorzędna. Bogu dziękować za tego jedynego polskiego kapłana, który miał odwagę odciąć się od „obrzydliwości w miejscu świętym”. W tym samym ustępie pada twierdzenie brzmiące absurdalnie, że mianowicie wymienieni duchowni „pozostają przy hipotezie odmawiającej papiestwa formalnego Ojcu Świętemu Benedyktowi XVI”. Pomijając ponowne użycie słowa „hipoteza” gdy mowa o tezie, należy zwrócić uwagę, iż nie powinno się mieszać własnego stanowiska w zdaniu opisującym stanowisko innych. Jeśli P. Krusejder uważa Benedykta XVI za „Ojca świętego”, nie uważają tak jednak ci, którzy widzą brak formy papiestwa u tego czołowego modernisty z czasów Soboru Watykańskiego II. Teza bowiem nie odmawia żadnemu „Ojcu świętemu” niczego. Odmawia formy, a raczej stwierdza jej brak u tego, który jej posiadać nie może i któremu żadną miarą nie przysługuje tytuł „Ojca świętego”.

O. de Blignières i x. Lucien

Pozwolę sobie tu na otwarcie nawiasu w celu omówienia dwóch najważniejszych przypadków odejścia od tezy z Cassiciacum przez duchownych, którzy ponadto osobiście znali jej „twórcę”, wiele mu zawdzięczali i nawet blisko z nim przez wiele lat współpracowali. Obu wymienia P. Krusejder w swej notce biograficznej.

W dobie posoborowego modernistycznego kryzysu, który jedną falą zagarnął wszystkie zakony i prawie wszystkich zakonników o. Guérard des Lauriers pomógł przy zakładaniu dwóch klasztorów mających na celu kontynuację duchowości swego własnego zgromadzenia: w 1977 roku zakładał Avrillé (które przez wiele lat związane było z FSSPX, od kilku jest już z tzw. ruchem oporu), a w 1979 Chéméré-le-Roi.

Hermeneutyk ciągłości jeszcze zanim Ratzinger wymyślił ten termin

O. Ludwik Maria de Blignières był pierwszym przeorem w Chéméré-le-Roi (aż do 2011 roku). Wyświęcony przez abpa Lefebvre’a w 1977 roku przyjmował tezę dotyczącą sytuacji autorytetu w Kościele tego, który wdrożył go w życie dominikańskie. Pod koniec 1987 roku zdecydował jednak zacząć robić zakupy w hipermarkecie modernistycznym Wojtyły, gdzie każdy może dostać, co chce, byleby publicznie przyznał, iż można tam dostać wartościowe produkty. W biuletynie swojego klasztoru z początku 1988 roku ogłosił, że po dokonaniu głębszej analizy soborowej deklaracji Dignitatis humanae nie widzi ze swoimi współbraćmi sprzeczności między tym nauczaniem o wolności religijnej a magisterium Kościoła, zwłaszcza Grzegorza XVI i Piusa IX. Nie odrzucił więc tezy z Cassiciacum jako takiej, nie uznał jej za fałszywą, ale po prostu za nie przystającą do rzeczywistości. Zanegował w ten sposób sens całego swojego wieloletniego oporu wobec neomodernizmu, ale nie tezę.

O. Guérard des Lauriers był jednak przenikliwy co do niego i tak już w 1982 roku napisał o nim: „Nie mam już co do niego pewności. Wydaje się zbytnio troszczyć o zachowanie kontaktu (użytecznego?) ze wszystkimi. Nie jest to pocieszające” (tłumaczenie za: życiorys ze strony IMBC). Czas pokazał, że przeczucia jego były słuszne.

Gdy to jednak nastąpiło w 1987 roku x. Bernard Lucien, niewątpliwie w owych latach najbliższy współpracownik o. Guérard des Lauriers i najlepszy jego uczeń, autor świetnych opracowań teologicznych (m.in. najbardziej gruntownego i systematycznego opracowania tezy), napisał tekst obalający nową klasztoru o. de Blignières opinię dotyczącą braku sprzeczności między nauczaniem soborowym a magisterium Kościoła w sprawie wolności religijnej. Przypomina tam, że w całym obecnym kryzysie nie chodzi wyłącznie ani nawet przede wszystkim o tę jedną herezję, ale o cały szereg słów i czynów, codziennie powtarzanych przez okupantów Watykanu, przeciwnych nadprzyrodzonemu dobru Kościoła.

Niestety, to samu i jemu się przydarzyło tylko cztery lata później, około Bożego Narodzenia 1991 roku. X. Lucien przestał widzieć w deklaracji Dignitatis humanae sprzeczność z nauczaniem Kościoła i wjechał z wózkiem do modernistycznego hipermarketu, aby tam odtąd robić zakupy razem z o. de Blignières, Hansem Küngiem, Edwardem Schillebeeckxem, Congarem, Ratzingerem i innymi. W ofercie Wojtyły pojawiło się w między czasie motu proprio Ecclesia Dei i komisja o tej samej nazwie. „Nawrócenie” na sobór x. Lucien było wielkim zaskoczeniem dla wszystkich katolików, którzy go znali czy słyszeli o tym kapłanie o nieprzeciętnych zdolnościach umysłowych. Można odnieść do niego te same słowa, którymi sam zakończył obalenie argumentów o. de Blignières i jego współbraci w 1987:

Ale przede wszystkim niech wierny katolik nie zapomina o rzeczywistości, która się rozpościera przed naszymi oczyma.

Odpadnięcie od wiary tych, którzy okupują Stolicę Papieską od Soboru Watykańskiego II jest na pierwszym miejscu faktem ustawicznie okazywanym przez mnożące się czyny i zaniedbania przeciwne nadprzyrodzonemu dobru Kościoła oraz przez współwinną i ogólną bezczynność wobec oczywistego zniszczenia, które dzieje się w łonie Kościoła.

Wszyscy musimy prosić o łaskę stawiania oporu Wrogowi, „mocni w wierze” i „wytrwania aż do końca”, nie zaniedbując modlitwy do Pana o powrót tych, którzy jeszcze niedawno prowadzili „dobrą walkę wiary”, ale którzy dopiero co osłabli, aby „okazali skruchę i wrócili do swych pierwszych dzieł”. Ut in omnibus glorificetur Deus.

Tłumaczenie za: forum Termometropolitico.

Sam także porzucił niezłomną i „dobrą walkę” dla nędznych ochłapów w kąciku świątyni modernistycznej, przyłączywszy się do różnych „pluszaków” z FSSP, IBP, ICRSS. Mimo to, erudycyjne dzieła x. Lucien sprzed jego „przeobrażenia” zachowują swoją wartość, choć są dziś trudne do zdobycia.

Warto jednak wiedzieć, na czym polegała defectio niektórych sławniejszych zwolenników tezy z Cassiciacum i pamiętać o konieczności modlitwy o wytrwanie dla każdego, zwłaszcza dla duchownych.

Teza z Cassiciacum czy „modelowe wyjaśnienie” P. Krusejdera?

Po zamknięciu tego nawiasu pozostaje jeszcze omówić P. Krusejdera osobistą i przy tym bardzo osobliwą interpretację tezy z Cassiciacum. Pod koniec omawianej notki biograficznej pisze:

I ja uważam ją za najlepsze, modelowe wyjaśnienie współczesnego kryzysu Kościoła katolickiego. Nie wykluczam, iż w przyszłości któryś z papieży skorzysta z niej, by uporządkować bałagan czasów P6 i JP2…

W odpowiedzi na komentarz czytelnika:

2. Nie widzę powodu, by hipotezę Guerarda stosować jedynie do teraźniejszości. Dla mnie jest ona kuszącą propozycją względem czasów, które miejmy nadzieję, że już minęły. Przyjąłbym z zadowoleniem, gdyby w stosownym czasie papież potępił doktrynę i czasy posoborowe oraz przywrócił Mszę oraz sakramenty w rytach <1963. Ale decyzję Ojca Świętego Benedykta XVI o uwolnieniu Mszy uważam za wystarczającą, abym uznawał go sam dla siebie za papa formaliter. Tak jak o. de Blignières uznał Jana Pawła II za papa formaliter po Motu Proprio Ecclesia Dei w 1988 r….

Zdania te, jak się wydaje, wyjaśniają, dlaczego P. Krusejder używa odnośnie tezy z Cassiciacum słowa „hipoteza”. Po prostu jej nie rozumie, a ponadto konstruuje sobie własne „modelowe wyjaśnienie” rozumiane raczej przez pryzmat lefebrystyczno-indultowego „papieża”, który raz nim jest, raz nie.

W dwóch wyżej omówionych przypadkach byłych „tezistów” widzimy całkowity zwrot o 180 stopni odnośnie jednej fałszywej doktryny soborowej, najbardziej rażącej, ale nie jedynej. Obaj uznali, iż przez całe lata mylili się odnośnie tej sprawy, a przy tym na niej oparli, po fakcie, całe swoje stanowisko polegające odtąd na pokojowym współistnieniu (czyli zakupach w markecie modernistycznym).

Przypadek P. Krusejdera jest jednak inny. Jak sam twierdzi, i on uznawał tezę z Cassiciacum do 7 lipca 2007 roku. Nie słyszałem jednak o tym, by P. Krusejder przed tą datą uważał Benedykta XVI czy któregoś z jego poprzedników za „niepapieży”. Być może się mylę. Ale wypadałoby, aby jego stanowisko, jako osoby publicznej (blogera internetowego), piszącej o sprawach tyczących się Kościoła i religii katolickiej, było publicznie znane. To po pierwsze.

Po drugie, teza z Cassiciacum nie jest prywatnym pomysłem dla osobistego spokoju w tych czasach zamętu, ani jakąś sztuczką intelektualną dla pluszowych oporowców. Została opracowana przez wybitnego teologa, który na celu miał uporządkowanie pojęć w całej zaistniałej sytuacji i przedstawienie teologicznie pewnego opisu tego, co się dzieje oraz uzasadnienia działania wszystkich, którzy stawiali opór modernistom w imię wiary katolickiej. Obca jest jej zupełnie postawa „uznawania dla siebie” takiego czy innego gestu modernistów za znak ich wiary. Póki cała herezja i wszystkie jej reformy nie będą odrzucone, potępione i nie zostaną podjęte skuteczne kroki, aby ją wytrzebić, nie należy cieszyć się zbyt pośpiesznie, by potem nie poczuć głębokiego zawodu4.

Dwóch soborowych modernistów: Rahner poszedł dalej, Ratzinger się zatrzymał na mniej więcej tym samym stanowisku

Po trzecie, jeśli w optyce P. Krusejdera x. Ratzinger został „Papieżem” w 2007 roku dla naszego blogera, osobiście, przeszkodą na drodze przyjęcia formy papiestwa był tylko nieco szerszy dostęp do starej Mszy, jaki udzielił Ratzinger swym motu proprio. Teza jednak uważa neomodernistyczną herezję i wszystkie jej przejawy za wroga głównego, a nie utrudnianie dostępu do Mszy katolickiej.

Po czwarte, teoretyczne przyjmowanie, że jakiś przyszły Papież mógłby skorzystać z tezy, „by uporządkować bałagan czasów P6 i JP2” przy jednoczesnym uważaniu, że „Papieża” już mamy z powrotem od 7 lipca 2007 roku wiąże się z poważnymi trudnościami natury doktrynalnej. P. Krusejder pisze te słowa w 2013 roku, czyli sześć lat po Summorum pontificum. Przyjmijmy roboczo hipotezę Krusejderową. Jeśli przez cały ten okres Benedykt XVI sprawował władzę papieską, nie potępiwszy, co powinien był zrobić w zasadzie natychmiast, reform soborowych (w doktrynie i dyscyplinie), oznacza to, że reformy soborowe w istocie nie sprzeciwiają się wierze katolickiej i mogą w Kościele współistnieć z papiestwem w akcie.

Po co zatem się im sprzeciwiać, skoro sam „Papież” się z nimi zgadza?

Zgodnie, jednakże, z tezą z Cassiciacum reformy Pawła VI i JPII nie mają żadnej wartości w Kościele, bowiem nie pochodzą od Kościoła, nie cieszą się wsparciem władzy Chrystusowej obiecanej Papieżom.

Uznawanie Ratzingera za „Papieża” Kościoła, podczas gdy ten ostatni nie wycofał owych szatańskich reform, oznacza uznanie tych reform za coś drugorzędnego, przypadłościowego, niedotyczącego w istoty sposób wiary katolickiej.

Jednak katolicy od dekad sprzeciwiają się tym właśnie reformom i cała sprawa, jak zawsze, sprowadza się do jednej kluczowej kwestii i drugiej pochodnej od niej:

Czy reformy soborowe i posoborowe są katolickie, zgodne z wiarą?

Jeśli tak, to na co się im sprzeciwiać?

Jeśli nie, to co powiedzieć o władzy, która je wprowadziła?

Od samego bowiem początku istnieją dwa obozy, czy chóry, modernistyczny chór Szatana i chór Pana Jezusa:

Rzym, Wielki Czwartek 3 kwietnia 1969. Wspomniany „novus ordo missae” jest opublikowany. Były dwa chóry, chór Szatana i chór Jezusa: rozradowanie, konsternacja. Dzięki łasce Bożej należałem do drugiego. Ale trzeba było działać. Pewna Rzymianka z bardzo wysokiej burżuazji, Wiktoria Krystyna Guerrini i jej przyjaciółka Emilia Pediconi (obie już umarły) bardzo dobrze znały środowiska watykańskie, zwłaszcza kardynała Ottavianiego. Daje się on przekonać. To tak padła decyzja o krokach kardynałów, krokach, za które chwała musi przypaść tej, która obmyśliła plan i była odpowiedzialna za nie i zmarła z tego powodu w agonii.

Trzeba było przygotować dokument, który, zgodnie z własnym życzeniem, kard. Ottaviani miał przejrzeć i który obiecał przedstawić papieżowi. Obie Rzymianki, zwłaszcza W. K. Guerrini były w kontakcie z wieloma duchownymi. Niektórzy, może pięciu czy sześciu, odpowiedzieli na wezwanie; ale tylko biernie przyczynili się do kilku cotygodniowych spotkań. Jednakże grupa ta zawdzięcza wiele pewnemu wyjątkowo wybitnemu liturgiście, odważnemu autorowi artykułów krytycznych, które ukazały się dzięki jego staraniom w rzymskich gazetach; żałuję, że zapomniałem jego nazwisko5. Abp Marceli Lefebvre zachęcał nas, nieco z oddali, a nawet napełniał nas nadzieją: „Będziemy mieli podpisy sześciuset biskupów!”. Niestety, nie było nawet jego.

(tak o. Guérard des Lauriers wspomina okoliczności powstania Krótkiej analizy krytycznej Novus Ordo Missae. Tłumaczenie za: życiorys ze strony IMBC)

Do którego możemy zaliczać taki pluszowy „Młot na posoborowie”?

Pelagiusz z Asturii

Przypisy:
1) Każdy uczciwy intelektualnie „tradycjonalista” winien zapoznać się z niniejszym tekstem x. Ricossy, opisującym pierwsze lata antymodernistycznego oporu katolików i roli, jaką odegrał w nim abp Lefebvre.
2) Okoliczności powstania tego dokumentu szerzej opisuje x. Ricossa w przedmowie do niedawnego wznowienia Krótkiej analizy w języku włoskim.
3) Warto zapoznać się z treścią trzech publicznych listów o. Guérard des Lauriers do abpa Lefebvre’a, które pozostały, niestety, bez adekwatnej odpowiedzi. Jedyną „odpowiedzią” było oczernienie tego pierwszego przez tego drugiego…
4) Taki zawód (ale czy rzeczywiście?) odczuwają dziś różne pluszaki, gdy moderniści o nazwiskach Burke, Schneider i inni nie ciągną dalej swych „dubiów” wobec Franciszka.
5) Chodzi prawdopodobnie o x. prał. Dominika Celadę. Jeden jego tekst z listopada 1971 roku pojawił się już na blogu, drugi, już gotowy, pojawi się w przyszłości.

Reklamy

8 comments on “Pluszowy Młot na posoborowie i jego osobista „hipoteza z Cassiciacum”

  1. Zmartwiony pisze:

    Pytanie niezwiązane z tematem ale mam pewien dylemat. Chcę zostać zakonnikiem nie księdzem czy istnieje taka możliwość w Polsce??Oczywiście FSSPX nie wchodzi w grę. Jeżeli tak to gdzie muszę się udać i jakie warunki należy spełnić.

    • W Polsce nie ma takiej możliwości, a gdyby była, łatwo byłoby się o tym dowiedzieć w internecie.

      Ze wszystkimi zagranicznymi zgromadzeniami i sodalicjami można się kontaktować przez internet.
      Potrzeba oczywiście pobożnego życia, dobrze wyrobionego charakteru, cnót przyrodzonych, łaski i cnót nadprzyrodzonych. Specjalnego powołania do życia zakonnego nie trzeba mieć, wystarczy chcieć oddać się Panu Bogu na służbę jego w Kościele (kapłaństwo natomiast wymaga powołania). Droga nie jest łatwa, nie jest też jednak niemożliwa. Najczęściej jednak po prostu ludzie się dziś do tego nie nadają. Niektórzy przełożeni po prostu nie mają dziś czasu na wyrabianie charakteru u podwładnego, dobrze więc już przyjść z takim „dobytkiem”. Co kiedyś było bardziej pospolite dziś jest rzadkie.

      Do tego w zasadzie zawsze trzeba mieć jakieś referencje, jeśli osobiście nie zna się kogoś z takiego czy innego zgromadzenia, do którego ma się zamiar wstąpić. Nieznajomym raczej nie daje się zamieszkać u siebie.

      In Christo Rege,
      Pelagiusz

  2. Anteas pisze:

    „należy stanowczo odrzucić ten dziwoląg słowny, jakim jest „sedeprywacjonizm”, a którym posługuje się p. Krusejder i inni.”
    A ma Pan może w zanadrzu jakieś poprawne i ogólnie zrozumiałe określenie na zwolenników rzeczonej tezy?

    „Nie wiem czy należy do nich zaliczać x. Rafała Trytka, bo nic na ten temat nie wiadomo publicznie, ale to już w sumie sprawa drugorzędna.”
    Ksiądz Rafał wstąpił do Instytutu Rzymskokatolickiego zalożonego przez JE x Biskupa Sanborna.
    A ponieważ Sedeprywacjonizm jest oficjalną doktryną tegoż instytutu, należy uznać że jednak x Rafała iza uznać za sedeprywacjonistę.
    http://glostradycji.blogspot.com/2017/09/ks-rafa-trytek-wstapi-do-instytutu.html
    Inna sprawa że moim skromnym zdaniem nie jest to sprawa drugorzędna, bo teza z Cassicianum (jakże prosta do napisania nazwa) jest abstrakcyjna i nieprzystająca do rzeczywistości.

    • Szanowny Panie,

      Nie mam, a czemu miałbym mieć? Czy wszystko musi mieć jednosłowne określenie?

      Nie wiem dokładnie, kto wymyślił ten termin „sedeprywacjonizm”, ale na pewno ani ktoś, kto przyjmował tezę, ani ktoś, kto ją rozumiał. Kto trzyma się tezy, odrzuca ten termin nieprzystający do rzeczywistości.

      Gdy pisałem ten artykuł, nic na temat wstąpienia x. Trytka do Instytutu nie było wiadomo, a x. Trytek nigdy wcześniej nie wypowiadał się o tezie, ani publicznie, ani, przynajmniej w mojej obecności, prywatnie.

      Zresztą, do dziś nie mam pewności, czy to prawda. Ani na stronie Instytutu bpa Sanborna nazwisko x. Trytka nie widnieje, ani sam x. Trytek nigdzie sam nie ogłosił tej informacji, ani swoim wiernym w Krakowie, ani w Internecie. Po pewnym czasie pojawiła się lakoniczna dwuzdaniowa wzmianka „Cele instytutu” (nie wiadomo, jaki to ma związek ze stroną sedevacante.pl), ostanio znowu tekst ze strony P. Jazłowskiego, obie na stronie x. Trytka. Ale dalej nie wiadomo, czy Xiądz należy do Instytutu, czy nie.

      Mimo wszystko informacja nie jest przekazana publicznie przez zainteresowanego. A na blogach różne rzeczy piszą.

      „Sedeprywacjonizm” nie jest doktryną Instytutu. Instytut trzyma się tezy z Cassiciacum. Dlatego tym bardziej zaskoczyła mnie ta wiadomość na niektórych blogach, bowiem x. Trytek o tezie nigdy nic nie mówił…

      Też nie uważam, że jest to sprawa drugorzędna. Jeśli Pan uważa, że jest abstrakcyjna czy nieprzystająca do rzeczywistości, to wypada to jakoś uzasadnić. Bowiem w dzisiejszych czasach „demokracji”, a raczej „demodyktatury” ludzie często nie rozumieją tematów, o których się wypowiadają… ten fenomen jest wszechobecny również w szerokim środowisku tradycjonalistycznym, niestety. Brak wychowawców, o czym pisałem nie raz.

      In Christo Rege,
      Pelagiusz

      • Anteas pisze:

        Trochę późno, więc ograniczę się w tym poście do jednego zagadnienia, a drugie poruszę innym razem.

        Nie przeczę że termin sedeprywacjonizm może nie przystaje do rzeczywistości (Nie wiem, bo nie jestem językoznawcą czy kimś takim, więc się nie wypowiadam.), ale jest on ogólnie zrozumiały, a zważywszy fakt, że nie ma Pan pod ręką innego, właściwszego terminu (Nie wiem dla czego uważa Pan że miał by on być jednosłowny.) będącego zrozumiałym dla ludzi, nie znam powodów dla których miał by Pan to zagadnienie traktować tak poważnie.

        Proszę nie zrozumieć mnie źle. Moim zdaniem dobrze że dba Pan o poprawność językową, czy jak Pan to zechce nazwać, ale to język/mowa jest dla ludzi, a nie odwrotnie. Dla tego pozwolę sobie z powodów wyżej wymienionych korzystać z tego właśnie terminu.
        Zwłaszcza że kwestię tę uważam za niezbyt istotną, a na pewno nie aż tak, żeby toczyć jakieś spory lub debaty, a nie daj Boże, kłótnie.

        • Adam dostał język od Pana Boga i zaczął od nazywania rzeczy dookoła siebie. W ten sposób człowiek może komunikować się z innymi ludźmmi. Dowodzi to przy okazji społecznej natury człowieka. Język jest dla człowieka, jak narzędzie, a nie zabawka, ale celem języka jest przekazywanie wiedzy dotyczącej rzeczywistości. Ma to ścisły związek z prawdą.

          Jeśli język i słowa nie odnoszą się do rzeczywistości, ale ją fałszują, jak to nazwać? Lenistwem? Zniewieściałością?

          Ja wykazałem, że termin „sedeprywacjonizm” nie odnosi się do niczego w rzeczywistości, że jest po prostu niezrozumiały, do tego ponoć ukuty przez kogoś, kto nie rozumiał, o czym mówi, a odrzucany przez tych, którzy wiedzą. I wcale nie trzeba być językoznawcą, żeby zrozumieć, o czym mowa. A Pan obstaje przy swoim. Jeśli w tak drobnej kwestii, to ośmielę się zapytać, co dopiero w większej…

          • Anteas pisze:

            „Jeśli Pan uważa, że jest abstrakcyjna czy nieprzystająca do rzeczywistości, to wypada to jakoś uzasadnić. ”
            Proszę bardzo;
            Jest zasada że nikt papieża nie osądza. Ale sedeprywacjoniści osądzają (nie wiadomo na podstawie jakiego prawa) i na podstawie tego osądu uważają że jest tylko materialnie papieżem. Zresztą samo takie dzielenie (formalnie i materialnie) jest niezbyt logiczne, bo jak można pełnić urząd jednocześnie nie pełniąc go. Z jakiej okazji taki materialny papież miał by mieć moc mianowania dostojników kościelnych, skoro na podstawie boskiego prawa nie jest nawet członkiem kościoła.
            Pisał mi Pan też wcześniej że w Kościele jest prawo kanoniczne i że aby takiego materialnego papieża usunąć z urzędu, ktoś (kto?) musiał by go osądzić (na podstawie jakiego prawa?)

            „Ale dalej nie wiadomo, czy Xiądz należy do Instytutu, czy nie.”
            Oczywiście, ale też trudno podejrzewać celową dezinformację, czyli kłamstwo.

            „odrzucany przez tych, którzy wiedzą”
            Czyli przez kogo? Nie licząc Pana naturalnie.

            „Jeśli w tak drobnej kwestii”
            Skoro to drobna kwestia, to dla czego w swoich wpisach porusza ja Pan przy każdej okazji i kruszy o nią kopie?

            ” A Pan obstaje przy swoim. Jeśli w tak drobnej kwestii, to ośmielę się zapytać, co dopiero w większej…”
            A kim Pan takim jest, że miał bym, czy w drobnej czy w większej kwestii nie obstawać przy swoim tylko podporządkowywać się pańskiemu zdaniu?

            • Uważam, że dalsza dyskusja z Panem nie ma sensu, przynajmniej póki nie stara się Pan zrozumieć tezy, co winno być podstawą polemiki.

              Dodam tylko, na marginesie, że po pierwsze Bergoglio nie piastuje żadnego urzędu. Jest to dość jasne, w zasadzie nie zrozumiawszy tego, nie rozumie Pan tezy. Po drugie, nie poruszam tej kwestii przy każdej okazji, jak się może przekonać każdy Czytelnik tego bloga. Akurat ostatnio Pan się przyczepił tezy, nie rozumiąc jej, więc i ja jestem zmuszony poruszać ten temat przez Pana wywoływany. W tym wszystkim, wreszcie, nie chodzi o moje zdanie, ani niczyje inne, ale o prawdę, czyli to, jak jest.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s