Lekcja „zmysłu liturgicznego i kościelnego” dla… Kościoła

W dzisiejszych czasach powszechny i finansowo dostępny praktycznie każdemu Internet powoduje, że wiele osób, które w normalnych czasach nie miałyby żadnego głosu publicznego, nawet najmniejszej kolumny w wiejskiej gazetce, prowadzi własną działalność publicystyczną, która między innymi ma te dwa skutki: wprowadzanie w błąd oraz szerzenie szkodliwych postaw. Podobnie zaś jak w czasach normalnych, przeciętny czytelnik i dziś nie zawsze ma dostateczną wiedzę lub czas, żeby sprawdzić, czy podawane informacje są prawdziwe oraz czy postawy przedstawiane jako słuszne są rzeczywiście godne naśladowania.

Problem ten dotyczy nie tylko szerokiego świata, ale i rozmaitych środowisk „tradycji katolickiej”. Jednym z przykładów takiego publicysty jest Pan Michał Mikłaszewski, który ma wyraźnie nieodpartą wolę wypowiadania się o rozmaitych tematach. Grubą przesadą zaś byłoby twierdzenie, że zazwyczaj ma o nich nikłe pojęcie.

Pisał już o skazywaniu na karę śmierci każdej kobiety, która dopuściła się aborcji (zupełnie elementarne dane z teologii moralnej wykluczają tak nieludzkie stanowisko, choć wystarczy do tego zdrowy rozsądek), znane są jego plany rewizjonistyczne co do byłych Kresów II RP (czy razem z mieszkającymi tam banderowcami miałyby wrócić do nas dziś? Czy też może P. Mikłaszewski pojedzie tam przesiedlić ich za Dniepr?).

Tym razem podzielił się z nami wiadomościami z litugiki w materii dość wielkiej wagi, bo dotyczącej starożytnych obrzędów najważniejszych dni roku liturgicznego.

A propos samych obrzędów Wielkiego Tygodnia

Przedwczoraj na stronie pisma „Katolik” pojawił się artykuł w tej materii, zatem ma się podstawy przypuszczać, że również Redakcja tego pisma zgadza się przynajmniej z zasadniczym przesłaniem tej lekcji „zmysłu liturgicznego i kościelnego”, a nawet „logiki”, skoro publikuje ją bez żadnego komentarza.

Co jest dość powszechnie znane, przynajmniej w naszych środowiskach, w 1955 roku Papież Pius XII wprowadził nowy porządek Wielkiego Tygodnia, który zawierał również zmianę godzin samych zreformowanych obrzędów (choć dekret mówi tylko o tej zmianie). Jako że temat mnie interesuje od dawna, przetłumaczyłem kilka rzeczowo traktujących o sprawie artykułów poważnych duchownych, nie tylko sedewakantystycznych.

P. Mikłaszewski, najwyraźniej zapoznawszy się z materiałem, który mu starannie przygotowałem (włącznie z dwoma obrazami), stawia sobie za cel wyjaśnienie, własnymi słowami, który z tych rytów jest „właściwy”, już samym pytaniem stawiając się w perspektywie niewłaściwej.

Duchowni bowiem, zarówno ci, jak x. kan. Gromier, którzy krytykowali zmienione obrzędy od początku, jak i ci, którzy to robią w latach posoborowej zawieruchy (nie tylko sedewakantyści, ale i indultowcy-motupropriowcy: x. Carusi, Una Voce, et al.) wywarli najwyraźniej na P. Mikłaszewskim wrażenie, że któryś z rytów Kościoła może być „niewłaściwy”. Należy na tym miejscu zwrócić uwagę, że krytyka omawianej reformy jest na pierwszym miejscu liturgiczno-teologiczną analizą nowości (praktyk i zasad) zawartych w nowych obrzędach. Po omówieniu daleko idących zmian co do zasad liturgii, niektórzy duchowni posoborowi przystępują do uzasadnienia na jakiej podstawie można odrzucić, a ściślej mówiąc nie przyjmować, owej reformy.

Co do pierwszego aspektu krytyki, nie spotkałem się, by któryś z duchownych uznał nowe obrzędy za „niewłaściwe”. Uważne przyjrzenie się tym obrzędom uwydatnia zaś spójne ze wszystkimi kolejnymi krokami reformy liturgicznej nowinki, które za Pawła VI przybiorą formę bezpośredniego ataku na wiarę katolicką (cf. Krótka analiza krytyczna NOM). Sam zaś ryt trudno jednak nazwać „niewłaściwym”.

Rola abp Bugniniego jest tu tylko drugorzędna. Rzeczywiście bp Dolan w 1983 roku wydaje się wysuwać ten argument na pierwszy plan, ale, na co zwróciłem uwagę, argumentacja x. Ricossy (bpa Guérard des Lauriers) i x. Cekady jest znacznie ściślejsza. Bugnini jest tu raczej pośrednim tylko powodem, jego osoba jest zupełnie drugorzędna wobec liturgicznych oraz, co za tym idzie, teologicznych i kanonicznych argumentów dotyczących natury prawa stanowionego.

Po wyjaśnieniu nam argumentami x. Cekady, który ryt jest „właściwy”, a który nie, P. Mikłaszewski daje jednocześnie świadectwo zupełnie słusznego zrozumienia obydwu stron (trzymających się reformy i odrzucających ją) i ich powodów, pisząc m.in.:

„Czy można potępić którąkolwiek ze stron tego konfliktu. Otóż nie! Nie można. Nie da się, zachowując zdrowy rozsądek i logikę, potępić którejkolwiek ze stron tego sporu. Każdy, kto tak czyni, absolutnie nie ma zmysłu katolickiego.”

I na tym można by skończyć artykuł, który akurat nic by nie wnosił.

A propos zmiany godzin

Z mszalika o. Lefebvre’a, Tyniec, 1949 (na Niedzielę Palmową)

Niestety, tolerancja P. Mikłaszewskiego ma krótki zasięg, bowiem już nie okazuje jej wobec tych, którzy nie stosują się do jego pomysłu rozpoczynania np. obrzędów wielkosobotnich po zmierzchu (czyli wobec prawie wszystkich sedewakantystycznych duchownych, w tym jego własnego duszpasterza!). Już trzy lata temu P. Mikłaszewski, choć w tonie o wiele łagodniejszym, krytykował wielowiekową praktykę Kościoła, wykazując się przy tym nieznajomością pewnych elementarnych faktów i oczywistym brakiem sensus catholicus. Sama zmiana  czasu rzeczywiście ułatwia wiernym obecność na tych świętych obrzędach i ciężko się jej sprzeciwiać, jednakże i w tym temacie perspektywa P. Mikłaszewskiego nie jest do końca „właściwa”. Tak wprowadza nas w ten delikatny temat:

„Czy jednak wszystkie zmiany wprowadzone przez Piusa XII należy odrzucić? Oczywiście odpowiedź tu również brzmi: NIE! Pośród wszystkich zmian, jakich dokonał Papież Pius XII, najbardziej pozytywną i chwalebną jest pierwsza z nich, a mianowicie zmiana godzin celebracji liturgii Triduum Paschalnego. Ta zmiana wpisuje się w cały szereg wielkich i wspaniałych zmian tego wielkiego Papieża. Mianowicie chodzi m.in. o zezwolenie na Msze św. wieczorne oraz skrócenie postu eucharystycznego do 3 godzin przed Komunią św. Wcześniej, przed Piusem XII, Mszy św. wieczornych (popołudniowych) nie było w ogóle, a post eucharystyczny obowiązywał bezwzględnie od północy. Ta zmiana podyktowana była warunkami duszpasterskimi i miała bardzo pozytywny wpływ dla całego Kościoła. Dziś, w tych ciężkich czasach, powinniśmy być szczególnie wdzięczni Papieżowi Piusowi XII za te zmiany, bo dzięki nim wielu katolików może w ogóle uczestniczyć we Mszy św. i przyjmować Komunię św.”

Przy tej okazji dowiadujemy się, że istnieje „cały szereg wielkich i wspaniałych zmian tego wielkiego Papieża”. Otóż, po pierwsze, P. Mikłaszewski mógł się dowiedzieć z uważnej lektury tekstu x. Ricossy, że Pius XII nie interesował się zbytnio tematem liturgii, nie uważał problemu za palący, co było powodem udanych manewrów reformatorów i pozwoliło im wprowadzić swojego konia trojańskiego do budowli liturgii, a co za tym idzie, wiary. Stąd też ciężko przewidzieć, by piusowe reformy liturgiczne były wielkie i wspaniałe oraz liczne („cały szereg”).

P. Mikłaszewski podaje ich tylko dwie… Msze wieczorne i skrócenie postu eucharystycznego.

I tu trafiamy w sedno tematu, a mianowicie ścisłego związku tej dyscypliny z liturgią Kościoła. Ta ostatnia tworzy bowiem konstrukcję tak misternie stworzoną, doskonale sprzęgniętą, że naruszenie jednego elementu pociąga za sobą inne zmiany, również w wierze, lex orandi lex credendi.

Otóż, dyscyplina postu eucharystycznego jest przedmiotem rozporządzeń władzy kościelnej od pierwszych wieków i przynajmniej w ostatnich wiekach obowiązywała sub gravi. Osobiście słyszałem od pewnego kapłana erudyty w materii, że post eucharystyczny (przyjmowanie komunii św. na czczo) jest tradycją apostolską. Jakkolwiek by nie było, Regatillo w Ius sacramentarium (1960) mówi, iż jest to zwyczaj obecny w pierwszych wiekach, a na pewno Synod w Hipponie w roku 393, w kanonie 28 dopuszcza tylko jeden wyjątek od tej reguły: Wielki Czwartek. Nie jest więc prawdą, jak podaje P. Mikłaszewski, że post eucharystyczny od północy wprowadzono na przełomie wieku XIII i XIV.

Do tego, jak odpisywałem P. Mikłaszewskiemu trzy lata temu:

„Pierwszą rzeczą, którą należy mieć na uwadze, to to, że Kościół rządzi się nie tylko kalendarzem/zegarem słonecznym, ale przede wszystkim liturgicznym. Dlatego też zwyczajowo sumę niedzielną i Mszę w uroczystości odprawiało się po tercji, w dni stacyjne po sekscie, Msze w Wielkim Poście i w inne dni pokutne po nonie, najrzadziej po nieszporach (wigilie, na przykład), etc. Nieszpory zaś oznaczają wieczór.”

A że zachowywano od czasów niepamiętnych starożytny zwyczaj przyjmowania komunii na czczo, ci, którzy przystępowali do niej pościli niekiedy aż do godzin wieczornych (to była dopiero gorliwość! Dziś katolik nawet nie chce się ubrać do kościoła „właściwie”). W Wielkim Poście rzeczywiście dawni chrześcijanie nic nie jedli do wieczora. Dlatego właśnie, a nie dla wygody, jak bezrozumnie powtarza po dziś dzień i to ad nauseam P. Mikłaszewski, Kościół w swej mądrości wolał powoli przesuwać odprawianie Mszy na godziny poranne, aby uniemożliwić łamanie postu przez duchownych i wiernych. Dopiero ostatecznie w 1566 roku naprawdę wielki św. Pius V zakazał tej praktyki, o czym przypomina nam x. kan. Gromier, którego być może nie czytał P. Mikłaszewski. Słabość ludzka tu odegrała rolę, ale przede wszystkim chodziło o szacunek do Najświętszego Sakramentu („decentia et reverentia erga ss. sacramentum”, Noldin, De sacramentis) i starożytnej tradycji.

Podobnie było z dwoma chyba jedynymi rzeczywistymi (opatrznościowymi) dobrodziejstwami liturgicznymi Piusa XII, ale odwrotnie. Bardzo specyficzne racje duszpasterskie były przyczyną tymczasowego dopuszczenia w 1941 roku Mszy wieczornych: trwająca II wojna światowa i częste bombardowania poranne. Dla bezpieczeństwa katolików pozwolono zatem odprawiać Mszę wieczorem. Z konieczności pociągać to musiało za sobą zmianę w dyscyplinie postu eucharystycznego, aby nie dopuszczać do łamania przez duchownych i świeckich dyscypliny ustanowionej przez Kościół (która w trakcie wojny z pewnością była łamana, ale nadzwyczajne sytuacje nie rządzą się prawem stanowionym, cf. sytuacja obecna w Kościele). Ponieważ Msze wieczorne przeżyły wojnę, między 1953 a 1957 rokiem dysplina postu eucharystycznego przybrała postać obecnie obowiązującą w Kościele: trzy godziny co do pokarmu i alkoholu, godzina dla innych napojów, woda nie łamie postu. Przy tym należy zauważyć i przypomnieć, że motu proprio Sacram communionem (1957) zachęca do trzymania się starożytnej praktyki a od korzystających z nowej wymaga jakiejś formy „wywdzięczenia się”. Widzimy więc wyraźnie, jak doniosłej wagi jest to zagadnienie dla Kościoła. A zezwolenie na odejście od starożytnej praktyki przyszło kilkanaście lat po pozwoleniu na Msze wieczorne.

To powiedziawszy wyraźniejszy się staje związek między zmianą godzin w reformie Piusa XII (1955) a zmianą w dyscyplinie postu eucharystycznego (1957), między samą liturgią a postem eucharystycznym. Są to jednak podstawy, które każdy liturgista-amator powinien znać.

Następnie nasz pseudoliturgista-amator daje upust ciasnemu racjonalizmowi, który cechował wszystkich przedstawicieli herezji antyliturgicznej od XVIII wieku, a potem wszystkich reformatorów chcących oddać wszystko dokładnie tak, jak było:

„Przeciwnicy jakichkolwiek zmian, którzy twierdzą że wszystko powinno się odbywać „tak jak kiedyś”, tak jak to było jeszcze przed II wojną światową i w pierwszych latach powojennych, a więc gdzieś do końca lat 40-tych, uważają, że wszystkie reformy wielkiego Papieża Piusa XII są złe, a więc, że liturgia Triduum Paschalnego powinna się odbywać rano, tak jak było to przez ostatnie kilkaset lat, a więc ok. godz. 7.00 w przypadku Wielkiego Czwartku i Piątku oraz ok. godz. 9.00 w Wielką Sobotę. Dla wielu może wydawać się to (i słusznie!) nonsensem… No, bo jak to? Chrystus odbył Ostatnią Wieczerzę (sic!) rano? Umarł na Krzyżu rano?? Zmartwychwstał rano (w Wielką Sobotę)??? No, chyba nie… Jak więc można obchodzić wszystkie te obrzędy o poranku? Gdzie tu jest symboliczny wymiar liturgii, na który powołują się tak często zwolennicy starej formy?”

Zapytam tylko: gdzie są „przeciwnicy jakichkolwiek zmian, którzy […] uważają, że wszystkie reformy wielkiego Papieża Piusa XII są złe”? Bo nawet bp Dolan, który nie trzyma się żadnych szczegółów tej reformy (odprawia po staremu rano), nie utrzymuje, jak to czyni FSSPX, że prawo liturgiczne Kościoła katolickiego może być złe. Chyba że to tylko retoryczny chwyt naszego publicysty, który sugeruje, że tacy „przeciwnicy” istnieją…

Bądź, co bądź, zgodnie z wyłożoną racjonalistyczną logiką należałoby też w Niedzielę Palmową postawić kapłana na osiołku i przywrócić inne suche fakty historyczne, jak ironizuje wspomniany już x. kan. Gromier, prawdziwy liturgista. To byłby dopiero „symboliczny wymiar liturgii”, którego sobie życzy P. Mikłaszewski.

Szkodliwa postawa, sprzeczności

Same zaś wywody P. Mikłaszewskiego dotyczące zmiany godzin obrzędów Wielkiego Tygodnia przeniknięte są głęboko błędną i wręcz szkodliwą postawą oraz nie są pozbawione sprzeczności.

Wiemy już, że praktyką Kościoła i jednocześnie normą, której się przez wiele wieków trzymano, było odprawianie obrzędów Triduum Sacrum rano. Wiemy też, dlaczego tak było. Zestawienie określeń, którymi nasz katolicki publicysta opisuje tę bądź co bądź wielowiekową tradycję Kościoła (po dziś dzień zachowaną gdzieniegdzie) nie jest ciekawe i godne jest tylko najbardziej zaciętych iluministów, racjonalistów, jansenistów i modernistów wieków XVIII-XXI:

– „Było to całkowicie sprzeczne z logiką i zdrowym rozsądkiem…”

– Nowe godziny są „w zgodzie z logiką i zdrowym rozsądkiem”, czyli wielowiekowa tradycja Kościoła nie…

– „Tylko takie (zmienione) godziny celebracji oddają w pełni autentycznie katolickiego ducha liturgii rzymskiej, która zawsze musi wyrażać realną rzeczywistość, a nie być jedynie pustym symbolem, jak w novus ordo…” – a zatem wielowiekowej tradycji Kościoła brak „autentycznego katolickiego ducha liturgii rzymskiej”, była ona „pustym symbolem”. Przypominam, co pisałem o związku godzin liturgicznych, dyscypliny postu i godzin odprawiania Mszy.

– Exsultet w Wielką Sobotę: „śpiewanie go w dzień jest zwyczajnie śmieszne”, czyli przez wieki Kościół wystawiał się na pośmiewisko…

– Zakończenie obrzędów Wielkiej Soboty około północy „zgodnie z odwieczną myślą Kościoła”, czyli przez ostatnie kilka albo i więcej wieków praktyka Kościoła była niezgodna z odwieczną myślą Kościoła?

– „Wywracając jedną z tych rzeczy, wywraca się do góry nogami cały porządek liturgiczno-dyscyplinarny…” – zdanie to zdaje się sugerować, że przez wieki w Kościele porządek liturgiczno-dyscyplinarny był „wywrócony do góry nogami”. Tak rzeczywiście myśleli różni szemrani reformatorzy w XX wieku…

– Krytykując tych, którzy trzymają się przedreformowych godzin celebracyj Triduum Sacrum słowami: „Cóż za niekonsekwencja i absolutny brak logiki oraz zmysłu liturgicznego i kościelnego!” przecież obrywa się i samemu Kościołowi, któremu przez wieki musiało brakować konsekwencji, logiki oraz zmysłu liturgicznego i kościelnego… ale przy okazji i taką można z tego wysnuć ciekawostkę: ponieważ x. Cekada z bpem Dolanem trzymają się przedreformowych godzin, im również musi brakować „logiki oraz zmysłu liturgicznego i kościelnego”. A jednak P. Mikłaszewskiemu nie przeszkadza częściowe opieranie swych wywodów na argumentacji x. Cekady. Przyjąwszy punkt widzenia P. Mikłaszewskiego słaby to autorytet…

Do tego sprzeczności:

– Z jednej strony, opierając się na argumentach x. Cekady, aby uchylać się od posłuszeństwa prawu stanowionemu i Papieżowi wprowadzającemu nowe obrzędy, P. Mikłaszewski nakazuje trzymać się zmienionych godzin opierając się… na tym samym posłuszeństwie Papieżowi („Tak więc w Kościele katolickim, w myśl posłuszeństwa Papieżowi…”), które wcześniej odrzuca w imię innych zasad.

– „Powinno być jednak tak, jak było zawsze, a więc Ciemna Jutrznia powinno się rozpoczynać przed wschodem słońca” – skoro jednak przez wieki Ciemną Jutrznię odprawiano wieczorem, to jednak „zawsze” nie mogło być tak, jak by tego chciał P. Mikłaszewski.

Trudno powiedzieć, czy P. Mikłaszewski w wykładaniu swych rewelacyj i doborze przymiotników i rzeczowników po prostu się zapędził, czy też rzeczywiście rozumie wewnętrzną logikę swych poglądów.

Rady praktyczne liturgisty-teoretyka

P. Mikłaszewski nie ogranicza się do wiadomości teoretycznych z zakresu liturgiki, ale jak na prawdziwego liturgistę przystało, przechodzi do zastosowania praktycznego swych wywodów. Jak zobaczymy, i tu nie brak jest błędów:

„Tak więc w Kościele katolickim, w myśl posłuszeństwa Papieżowi, w zgodzie z logiką i zdrowym rozsądkiem, obrzędy Triduum Paschalnego powinny rozpoczynać się: w Wielki Czwartek najszybciej po nieszporach, a więc po godz. 18.00. W Wielki Piątek najszybciej po nonie, a więc po godz. 15.00 , w Wielką Sobotę zaś po zachodzie słońca, a więc najlepiej (w Polsce) po godz. 20.00 (tam, gdzie to możliwe). Tylko takie godziny celebracji oddają w pełni autentycznie katolickiego ducha liturgii rzymskiej, która zawsze musi wyrażać realną rzeczywistość, a nie być jedynie pustym symbolem, jak w novus ordo… Cała liturgia Wielkiej Soboty wyraźnie wskazuje na „tę noc” (Exsultet – w którym to sformułowanie pada co najmniej kilkanaście razy, wyraźnie odnosi się do nocy, jest pieśnią pochwalną nocy i śpiewanie go w dzień jest zwyczajnie śmieszne, podobnie jak odprawianie przez modernistów „Pasterki” o godz. 20.00). Msza Wielkosobotnia mówi już wprost o Zmartwychwstaniu i odprawianie jej za dnia powoduje chaos i zamęt w zdezorientowanych umysłach wiernych, którzy zaczynają się zastanawiać, kiedy tak naprawdę Chrystus zmartwychwstał… Dlatego też ta Msza zwyczajnie nie może się zaczynać w dzień. Jeżeli liturgia zaczyna się tak jak powinna, ok. godz. 20.00, wtedy kończy się przed północą. Wówczas jednocześnie kończy się Wielki Post i zaczyna się Wielkanoc, zgodnie z zamysłem Piusa XII i zgodnie z odwieczną myślą Kościoła. Wywracając jedną z tych rzeczy, wywraca się do góry nogami cały porządek liturgiczno-dyscyplinarny…”

Zwróciłem już uwagę na szkodliwość obrzucania epitetami braku logiki, zmysłu liturgicznego, etc. wielowiekowej praktyki Kościoła. Wywody tego rodzaju dopiero wszczepiają w maluczkich błędną postawę, która i tak jest dość powszechna wśród tradycjonalistów za sprawą FSSPX (ryty, dyscyplina Kościoła mogą być złe, heretyckie, dla P. Mikłaszewskiego co prawda „tylko” pozbawione zdrowego rozsądku, logiki, sprzeczne z duchem liturgii). I kto tu dopiero „powoduje chaos i zamęt w zdezorientowanych umysłach wiernych”? Nigdy nie spotkałem się z nikim, kto by się natomiast zastanawiał, kiedy Chrystus zmartwychwstał. Każde dziecko katolickie wie, że w nocy z Wielkiej Soboty na Niedzielę Wielkanocną. Trudno zaś sobie wyobrazić, by Kościół był tak głupi i wprowadzał „chaos i zamęt w zdezorientowanych umysłach wiernych” za sprawą obchodzenia wigilii w wigilię. I to przez tyle wieków. Inną sprawą jest zaniedbanie katechezy, w tym liturgicznej, tak kiedyś jak i dziś…

Do tego porównanie Pasterki o 20:00 do odprawiania w Wielką Sobotę przed 20:00 jest kompletnie pozbawione racji: Pasterka jest pierwszą z trzech Mszy Bożonarodzeniowych, wyjątkiem w wielowiekowej tradycji Kościoła, kiedy wolno odprawiać Mszę przed świtem (i to tylko uroczystą! Do prywatnej trzeba indultu od Papieża), natomiast obrzędy Wielkiej Soboty są obrzędami wigilijnymi, z wigilii, czyli dnia przed świętem.

Wśród tych wszystkich osobliwości nasz liturgista-praktyk między innymi radzi kapłanom, aby odprawiali wielkoczwartkową Mszę wieczorem po nieszporach. Jak zaś mają to robić, skoro rubryki przepisują obnażenie ołtarzy po Mszy, a po obnażeniu ołtarzy recytowanie nieszporów? Zdaje się, że P. Mikłaszewski był na tych obrzędach, sądząc po zdjęciach, które wykonał i upublicznił, czyżby zatem nie był świadom, że nieszpory były recytowane w Wielki Czwartek i Wielki Piątek po obnażeniu ołtarzy? Kto tu dopiero „wywraca się do góry nogami cały porządek liturgiczno-dyscyplinarny”?

Należy zwrócić uwagę, że główne obrzędy wszystkich dni Triduum Sacrum sprzęgnięte są właśnie z obnażeniem ołtarzy (tu akurat z wyjątkiem Wielkiej Soboty) i nieszporami, które stanowią niejako ich liturgiczne zwieńczenie oraz oznaczają wieczór, wieczór liturgiczny. Nie zgadza się to co prawda z dogmatem racjonalistów, do których wydaje się zaliczać P. Mikłaszewski, ale ma to głęboki sens liturgiczny i kościelny, jest o wiele głębsze niż samo odprawianie po fizycznym zachodzie słońca (choć nie jest z tym sprzeczne!) i zgadza się z istotą rzeczy.

Tak się ma rzecz i z Exsultetem, w którym diakon (ew. kapłan) śpiewa o „tej błogosławionej nocy”. Otóż ceremonia ta starożytna i przepiękna (potem bestialsko okaleczona przez Bugniniego) kończy się właśnie nieszporami, ściślej jeszcze spiętymi z Mszą niż w Czwartek i Piątek, co oznacza początek tej właśnie nocy, zatem nie ma nic sprzecznego ze śpiewaniem o nocy, której początek się zwiastuje, nawet jeśli słońce jeszcze nie zaszło nad głowami wszystkich racjonalistów i pseudoliturgistów. Zgodnie z myślą racjonalistyczną trzeba by jednak rozpocząć obrzędy wielkosobotnie najwcześniej o 22:30, bowiem w wielu (większości?) kaplic sedewakantystycznych nie ma odpowiedniej asysty (diakonów, subdiakonów, kantorów, nawet czasami brak choćby dwóch mężczyzn, żeby służyć przy ołtarzu! A ta ceremonia wymaga całego pułku służby!) i sprzętów, aby ceremonia mogła się odbyć w całym swym splendorze, co pociąga za sobą i kilka godzin trwania. Rozpoczynanie jej w takich warunkach o 20:00 jest wielce ryzykowne, bowiem nikłe są szanse na zakończenie jej po północy, a przecież, zgodnie z dogmatem duszpasterców, Pan Jezus zmartwychwstał równo o północy.

Mało tego, podając swe dokładne propozycje godzin (Wielki Czwartek po 18, Wielki Piątek po 15, Wielka Sobota po 20) nasz liturgista-praktyk-nie-tylko-teoretyk następującym zdaniem uderza nie tylko w Kościół, który przez wieki robił inaczej, ale i w kapłanów dziś nie stosujących się doń: „Tylko takie godziny celebracji oddają w pełni autentycznie katolickiego ducha liturgii rzymskiej”. Zatem, idąc po tej myśli, zarówno bp Dolanowi i x. Cekadzie, jak i xiężom Instytutu Matki Dobrej Rady, x. Rafałowi Trytkowi i pewnie wielu innym brak tego autentycznego ducha i jeszcze wielu innych rzeczy, o których było wyżej (logiki, zdrowego rozsądku, etc.). Dla dobra wspólnego można im było tego oszczędzić. Choć nie można się tego spodziewać po człowieku, który wylewa osobiste brudy publicznie (kto wie, o co chodzi, ten wie).

Podsumowanie

Zasadnicza większość wiernych nie zna się na liturgii wcale, tyczy się to również większości tradycjonalistów, których wiedza dotycząca tajemnic wiary obchodzonych podczas trzech najświętszych dni roku oraz samych obrzędów ogranicza się do wiadomości katechizmowych. I nic w tym dziwnego, jest to bowiem domena teologów, liturgistów, choć i inteligencja katolicka, elita świecka, stojąca wyżej umysłem od przeciętnego wiernego, powinna się tym tematem również w miarę możliwości zainteresować.

Co poważniejsi katolicy znają już głębię myśli i erudycję P. Mikłaszewskiego, więc wywody, o których tu mowa, nie będą na nich miały bezpośredniego wpływu. Pośrednio tak, na wielkie nieszczęście, bowiem sedewakantyści znowu będą kojarzeni z niepoważnymi ludźmi i środowiskami, które publikują tego rodzaju uniwersały liturgiczne i nie tylko. Natomiast szkodliwe w swym duchu wywody P. Mikłaszewskiego przede wszystkim mogą wzbudzić lub pogłębić błędną postawę wielu prostych ludzi wobec dyscypliny Kościoła i dlatego zasługują na najwyższą naganę, a nie poparcie i publikację na łamach internetowej gazety, która rości sobie pretensje do katolicyzmu integralnego. Swoją drogą, modne się stało to wyrażenie ostatnio, ale póki co nic to oprócz mody.

Kościół święty w swej liturgii przede wszystkim czci Boga prawdziwego, ale także uczy nas wiary. Ani zatem same obrzędy, ani dyscyplina z nimi związana nie mogą być szkodliwe dla wiary, dlatego właściwa postawa katolika w normalnych czasach polega na synowskim przyjęciu wszelkich rozporządzeń Kościoła. Nie można zatem uznawać za złe, nielogiczne, pozbawione zdrowego rozsądku, sprzeczne z duchem liturgii i myślą Kościoła ani sposobu, w jaki odprawiał Kościół swój kult Boga przed czy po reformie z 1955, ani też całościowo samych obrzędów przed jak i po reformie, zwłaszcza gdy mowa o wielowiekowej tradycji i obrzędach. „Odnowiony” zaś porządek był w wielu szczegółach krytykowany od początku przez tak znakomitych liturgistów, jak wspomniany tu już kilka razy x. kan. Gromier i rzeczywiście bardzo wiele jego szczegółów nie utrzymuje się pod ogniem erudycyjnej krytyki. Były sklecone naprędce przez pozbawionych kompetencji „ekspertów”, ponoć w Novus Ordo coś tam jeszcze poprawiono, jeśli wierzyć x. Carusiemu. Dlatego też w sytuacji obecnej wielu (większość?) duchownych integralnie katolickich nie przyjmuje zreformowanych obrzędów, a niektórzy z nich w ogóle nie biorą pod uwagę dekretu promulgującego to nowe prawo, odprawiając obrzędy Triduum tak, jak to się robiło od wieków, czyli rano. Mają swoje racje i tyle.

I jeszcze jedno. P. Mikłaszewski wprowadza Czytelnika w tematykę odwołując się do corocznych sporów wśród katolików („Jak co roku, z tej okazji, widać było częste spory i podziały wśród Rzymskich Katolików Integralnych o to, która forma, który ryt jest właściwy.”). Takie spory i podziały nie są mi znane. Duchowni po prostu mają swoje racje, jedni za nie trzymaniem się reformy, inni za trzymaniem się jej, a wierni grzecznie idą do kościoła, jeśli im to odpowiada (odległość, czas). Wymiana teologiczna odbywa się zwykle na wysokim poziomie, nieosiągalnym dla P. Mikłaszewskiego, a dysputy wśród wiernych praktycznie nie istnieją, bowiem najzwyczajniej w świecie przeciętny świecki się na tym nie zna. Czytając P. Mikłaszewskiego odnosi się wrażenie, że to jakiś kolejny powód do nie wiadomo jakich podziałów, które nam na przykład lefebryści zarzucają. Przynajmniej w tej materii nic z tych rzeczy.

Nie sposób obejść się bez szerszej refleksji. Cała ta sytuacja pokazuje po raz kolejny kondycję katolicyzmu w Polsce. Podczas gdy błąd jest powszechny, czy to modernizm, czy to gallikanizm opierający się na fałszywym pojęciu nieomylności papieskiej i Kościoła, ludzie niekompetentni wypowiadają się publicznie, siejąc zamęt i wystawiając całe nasze środowisko na pośmiewisko. Przykłady zbednie tu przytaczać, kto ma Internet, ten widział i widzi…

Jak wiele razy podkreślałem (nie tylko tutaj na blogu), potrzeba wiele pracy od podstaw, systematycznego wysiłku umysłowego i moralnego, większego i bardziej twórczego niż ciągłe kopiowanie wszystkich wpisów z bloga Pelagiusza przeplatając je jak refrenem, często na chybił trafił, artykułami z Ultramontes (jeszcze raz zwracam uwagę na bezcelowość tej praktyki). Jest tyle doskonałych rzeczy do przetłumaczenia, tematów do opracowania w formie artykułu czy poważnego wykładu, książek do przetłumaczenia albo wznowienia, na przykład od dawna są tacy, którzy by się chcieli dowiedzieć, na czym polega teza z Cassiciacum, której ponoć trzyma się Redakcja pisma „Katolik” (chyba, że sama jej nie rozumie), poznać szerzej myśl biskupa Guérard des Lauriers, tak wybitnej postaci, a tak zaniedbanej, dowiedzieć się co nieco o katolicyzmie polskim z perspektywy katolickiej, a nie modernistycznej. Do Redakcji należy magister teologii, jest cała rzesza współpracowników, mają swojego duszpasterza. Jest to wielki potencjał, więc wyrażam nadzieję, że nie jest jeszcze za późno, aby zrobić z tego pisma poważną prasę katolicką, wytworzyć poważne integralnie katolickie środowisko. Osobiście jestem przekonany, że Polska ma potencjał większy niż takie Włochy, Francja czy Węgry, a od lat go marnuje przez brak systematycznej pracy z głową.

Advertisements

9 comments on “Lekcja „zmysłu liturgicznego i kościelnego” dla… Kościoła

  1. hedelix pisze:

    Świetny tekst!!!

  2. anteas1 pisze:

    W/g logiki p. Miklaszewskiego nocna zmiana nie powinna się sztywno zaczynać o 22 i kończyć o szóstej, jeno w zimie rozpoczynać się o szesnastej i kończyć o ósmej, a w lecie zaczynać o dziesiątej, ale kończyć o trzeciej. Mojemu pracodawcy logika jest najwyraźniej obca. Ale ja mu tego nie powiem.

    „a wierni grzecznie idą do kościoła, jeśli im to odpowiada (odległość, czas).”
    Moim skromnym zdaniem idą nie wtedy gdy im odpowiada, tylko gdy mają taką możliwość. Przynajmniej ja tak robię.

    „na przykład od dawna są tacy, którzy by się chcieli dowiedzieć, na czym polega teza z Cassiciacum, której ponoć trzyma się Redakcja pisma „Katolik” ”
    Chyba chodzi panu o mnie.

    „Do Redakcji należy magister teologii”
    Tylko tej teologii przed czy raczej po wiadomo czym.

    „mają swojego duszpasterza”
    Nie jestem pewny, czy ten duszpasterz o tym wie.

    • Pisząc, że idą, gdy im odpowiada miałem na myśli to, co Pan.
      Z tą tezą absolutnie nie o Pana mi chodziło, bo nie wiem, kim Pan jest i choć Pana poważnie traktuję, niewykluczone, że Pan sobie tu dla żartu pisze. Internet na to pozwala i idąca za tym anonimowość. Miałem na myśli konkretne osoby, z którymi regularnie się spotykam. Po prostu jest wiele do zrobienia, a mało chętnych do pracy sensownej, dla dobra wspólnego. Idzie się na efekt, ilość, własne mądrości i tego rodzaju wysoce szkodliwe (zwłaszcza dla maluczkich, którzy niestety mają dostęp do Internetu) liturgiczne uniwersały…

  3. Marek pisze:

    „Pisał już o skazywaniu na karę śmierci każdej kobiety, która dopuściła się aborcji (zupełnie elementarne dane z teologii moralnej wykluczają tak nieludzkie stanowisko, choć wystarczy do tego zdrowy rozsądek)” a cóż złego miałoby być w skazywaniu wszystkich aborcjonistek na karę śmierci? Przecież jako osoby które dopuściły się morderstwa niewinnej osoby zasługują na taką karę już wg praw starotestamentowych i to tej części która nie została zanegowana przez Chrystusa, z kar prawnych za ciężkie grzechy Jezus zniósł jedynie karę śmierci za cudzołóstwo ale nie zniósł tej kary ani za umyślne morderstwo ani sodomię, zresztą prawo polskie wciąż przewiduje kary śmierci za te dwa przestępstwa (mówię tu o prawdziwym polskim prawie, a nie wykwitach zaborców, a potem komunistów czy to pod wodzą Piłsudskiego czy innego Bieruta)

    • Szanowny Panie,

      W istocie zabicie każdej niewinnej osoby jest złem.
      Ale między zabiciem z premedytacją niewinnej osoby a zabiciem dziecka w łonie matki przez matkę mogą zachodzić różnice zmieniające charakter czynu.

      Możemy sobie przecież wyobrazić sytuację, gdy osamotniona kobieta, bez wsparcia ze strony rodziny i zwłaszcza męża, na którym winna się opierać, pod presją wszystkich jej bliskich, bojąca się zwrócić w tej sprawie do osób trzecich o pomoc (z różnych powodów), popełnia aborcję. A do tego męki psychiczne, które zwykle (jeśli nie zawsze) towarzyszą zabiciu dziecka w łonie matki, nie dają jej spokoju.

      Czy w takiej sytuacji tę matkę możemy porównać do Breivika czy innego tego typu człowieka?

      Nie trzeba znać teologii moralnej, by powiedzieć, że nie. Umyślności i pełnej świadomości popełnianej zbrodni trzeba by dochodzić indywidualnie.

      Ja się nie zajmowałem nigdy zbytnio teologią moralną, ale wiem, że są pewne okoliczności łagodzące, są z kolei też kary wynikające z samej natury przestępstwa (męki psychiczne), które mogą wystarczać za karę w różnych przypadkach.

      Z bliska nie śledziłem całej tej sprawy sprzed roku czy dwóch, gdy to Stowarzyszenie Ordo Iuris starało się przeprowadzić swój projekt ustawy. Uważałem sprawę za z góry przegraną, niestety, z powodu dość powszechnych przekonań wśród współczesnych Polaków (nie wiem czy większości czy mniejszości, ale nie jest to istotne, jednakże opinia publiczna jest bardzo silnym czynnikiem politycznym dziś), a także rządzących nami klik. Ale ich projekt był wyrazem naprawdę wysokiego poziomu roztropności i głębokiej znajomości rzeczy. Oczywiście dla obecnej sytuacji było to najlepsze teoretycznie rozwiązanie, choć według mnie nierealistyczne praktycznie z wyżej wymienionych powodów. Rzecz jasna, w katolickim państwie, jakim nie jest Polska, ustawa mogła by być bardziej surowa, ale ani nasze państwo, ani naród nie jest katolicki.

      Twierdzenie, że każda kobieta, która dopuściła się aborcji, winna jest śmierci trąci tym właśnie formalizmem etycznym, który cechował faryzeuszy i innych doktrynerów w przeszłości, lekceważących całkowicie okoliczności czynu. Z pewnością będą przypadki matek, a tym bardziej lekarzy (tych to już bez wyjątku chyba), gdzie kara śmierci w normalnej sytuacji byłaby odpowiednim rozwiązaniem, ale znowu, daleko nam od takiej normalnej sytuacji.

      A w razie wątpliwości proszę pytać xięży, którzy studiowali teologię moralną. Z pewnością będą w stanie udzielić więcej szczegółów niż ja.

      Co do obowiązywalności prawa i prawowitości władzy nie będę się tu wypowiadał, bo naprostowanie pojęć w tym temacie wymaga o wiele więcej miejsca, niż zwykły komentarz.

      In Christo Rege,
      Pelagiusz

      • Marek pisze:

        Ja nie widzę absolutnie żadnych okoliczności łagodzących dla morderczyń dzieci, chyba że zostały siłą zmuszone do aborcji, tylko wtedy nie są za to odpowiedzialne, w każdym innym przypadku doszukiwanie się okoliczności łagodzących zakrawa na absurd.
        Oczywiście zdaję sobie sprawę że przywrócenie polskich i przede wszystkim boskich praw w tej kwestii jest na razie niemożliwe, niemniej uświadamianie ludziom jaka jest właściwa kara za to przestępstwo na pewno nie może być krytykowane.
        W razie restytucji w Polsce władzy monarszej należałoby oczywiście postąpić rozstropnie w tej kwestii-widziałbym to w takich kolejnych krokach:
        1. wyrzucenie z Polski prasy gadzionowej i zakaz działalności lewicowej
        2. cenzura treści proaborcyjnych w internecie
        3. informowanie czym jest aborcja
        4. skazywanie po cichu lekarzy aborcjonistów na kary śmierci i chowanie zwłok bez informowania rodziny
        5. skazywanie po cichu znanych publicznie matek aborcjonistek na takąż karę i procedura jak wyżej
        6. po pewnym czasie wyjście z karaniem z zacisza i ogłoszenie że w tej kwestii obowiązuje prawo przedrozbiorowe

        • Pan ich nie widzi, ale zdrowy rozsądek widzi, trudno.
          Jeśli Pan to uważa za absurd, proszę się zwrócić do jakiegoś znawcy teologii moralnej. Niestety i xięża czasami niezbyt dobrze są wyuczeni.

          Uświadamianie natomiast, jaka jest normalna kara za takie przestępstwo to co innego.

          Na pewno zgadzam się, że pierwszym krokiem na drodze przywrócenia porządku naturalnego byłoby uporządkowanie prasy, likwidacja wielu tytułów, sporo wyroków (tu dopiero kara śmierci znajdzie szerokie zastosowanie), kontrola internetu. Ale to dopiero po tym, jak ktoś umiejętny przejmie władzę, a przedtem trzeba i wiele innych rzeczy, bo taki rząd z nieba nie spadnie. My póki co nie mamy w tej chwili żadnej zdrowej szkoły politycznej (jeśli jakąkolwiek w ogóle mamy), a Pana błędne zapatrywania tylko świadczą o tym, jak nikła jest wśród nas znajomość nauki politycznej. Wydaje się, że Pan uznaje wszelkie prawa, rządy i nawet sam ustrój za niejako zawieszone od rozbiorów… znowu, nie ma tu miejsca na wykład z podstaw filozofii politycznej. Ale to nie to samo, co historia.

  4. Marek pisze:

    Uznaję obecne prawa, a także te z 20 lecia za bezprawie bo nie odwołują się do przedrozbiorowego porządku prawnego. Co prawda i ten przedrozbiorowy nie do końca jest prawowity.Przykładowo trudno uznać za prawo to co postanowiono za Augusta III Sasa, który został nam narzucony siłą, czy za króla Ciołka który co najmniej z dwóch powodów nie był prawowitym królem (jako niekatolik nie miał prawa do korony, został też narzucony siłą).
    O ile się orientuję porządek prawny jaki byłby legalny można datować przed sejmem niemym albo przed śmiercią Jana Sobieskiego. Nowsze rzeczy to już bezprawie, które powinniśmy stanowczo odrzucić

    • Polityka jest czymś zupełnie innym niż li tylko czystą wiedzą historyczną.

      Pana pojęcie tej nauki przenika pozytywizm prawny, formalizm, co jest normalnym skutkiem braku znajomości nauki politycznej, która jest przede wszystkim nauką (co nie jest tym samym, co wiedza), wchodzącą w skład filozofii praktycznej (traktującą o czynach ludzkich), a jednocześnie i sztuką (jako że państwo i w ogóle porządek polityczny, przedmiot polityki, jest dziełem rozumu praktycznego, zewnętrznym temu rozumowi, nie sprowadzającym się do samego aktu rozumu, co nie oznacza, że jest czystym produktem myślowym, jest naturalnym dziełem rozumu ludzkiego). Wiadomości z historii nie stanowią jeszcze o znajomości nauki politycznej, potrzeba do tego o wiele więcej. Polityka omawia dobro, dobro wspólne, społeczną naturę człowieka, źródło społeczności, władzę i jej atrybuty, prawo, jego definicję i atrybuty, do tego wchodzą okoliczności geograficzne (już Arystoteles o tym pisał), historyczne, narodowe, etc. etc. Znajomość tylko tych ostatnich jest stanowczo niewystarczająca w tej dziedzinie.

      No nic, ale już pisałem, że nie jest to miejsce na rozstrząsanie podstaw polityki.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s