Krytyka Nowego Wielkiego Tygodnia z 1960 roku

X. kanonik Leon Gromier przez kilka dekad należał do elity liturgistów Kościoła. Urodził się 20 maja 1879 roku w Montchanin, należącym do diecezji Autun we Francji, ale całą karierę kościelną, począwszy od seminarium i święceń (29 III 1902 – Wielka Sobota), spędził w Rzymie: alumn Francuskiego Seminarium w Rzymie i Akademii Szlachty Kościelnej (obecnie zwanej Papieską Akademią Kościelną), następnie kanonik S. Maria in Montesanto, konsultor sekcji liturgicznej Kongregacji Rytów (od 26 III 1914), członek Rzymskiej Akademii Liturgicznej, w której był cenzorem (od 1 VII 1925), nadliczbowy tajny szambelan papieski (od 2 III 1920, ponownie od 22 II 1922), członek Specjalnej Komisji Protokołu Generalnego Ceremoniału Papieskiego, prałat domowy Jego Świątobliwości (od 23 XII 1925), kanonik Bazyliki Watykańskiej (od 10 II 1926), pronotariusz nadliczbowy. Podobno jego krytyczne podejście uniemożliwiło mu dostanie się do grona Kolegium Mistrzów Ceremonij Apostolskich, czego bardzo pragnął, a co było najwyższym zaszczytem dla litugisty-praktyka (czyli nie był ceremoniarzem papieskim). Jego uczoność w dziedzinie liturgii była nieprzeciętna, współpracował z najlepszymi liturgistami epoki, historykami, teologami, rubrycystami, praktykami. Znał również doskonale całą tzw. kolonię francuską w Rzymie i wszyscy przebywający w owym czasie w Rzymie Francuzi znali go.

Najbardziej słynie z Komentarza do Ceremoniału Biskupiego, wydanego w Paryżu w 1959 roku, którego był autorem. Zmarł w Poniedziałek Wielkanocny, 19 kwietnia 1965 roku w Rzymie.

Już w 1936 roku x. kanonik Gromier zwracał uwagę na to, że dyskusje wokół liturgii Kościoła idą często w złym kierunku. Nic więc dziwnego, że od samego początku był bardzo krytyczny wobec reform liturgicznych przeprowadzanych za pontyfikatu Piusa XII pod przewodnictwem różnych szemranych liturgistów o skrzywieniu „duszpasterskim” i wątpliwych kompetencjach właściwie liturgicznych (jak np. o. Bugnini). W poniższym artykule x. Gromier wyraża swoje zastrzeżenia, których treść świadczy o jego niebywałej erudycji, a język o gorącym charakterze. Tekst ten został odczytany w formie wykładu w Paryżu w lipcu 1960 roku, stąd jego wybitnie mówiony charakter, bardzo dosadny w formie, która tylko bardziej podkreśla treść. W druku zaś pojawił się w piśmie „Opus Dei”, nr 2 z kwietnia 1962, ss. 76-90. Nie wszystko, jeśli chodzi o treść, będzie jasne czy zrozumiałe dla przeciętnego Czytelnika, bowiem trzeba znać nieco szczegółów liturgicznych, zwłaszcza odnoszących się do reformy z 1955 roku i obrzędów sprzed tejże reformy.

Na tym miejscu należy się też kilka drobnych uwag dotyczących tłumaczenia. W kilku miejscach francuskiego oryginału występują braki oznaczone nawiasem kwadratowym i trójkropkiem, co pozostawiłem w tłumaczeniu. „Langue vulgaire” przetłumaczyłem jako „język pospolity”, a nie jako „język narodowy”. Chodzi tu bowiem raczej o przeciwstawienie języka codziennego, którym włada pospólstwo, językowi świętemu. Francuskie „langue vulgaire” zdecydowanie lepiej odpowiada temu pojęciu niż nasze „język narodowy”, dlatego trzymam się tu bardziej dosłownego tłumaczenia. Wreszcie, krytyka zreformowanych obrzędów, pełnych sprzeczności i często kompletnie pozbawionych symboliki czy nawet sensu, obraca się często w ustach x. Gromier przeciwko prawdziwym twórcom reformy. X. Gromier nazywa ich „le pastoraux”, podkreślając w ten sposób ich duszpasterskie skrzywienie i brak kompetencyj liturgicznych. Przetłumaczyłem ten termin jako „duszpastercy”, z braku lepszego słowa, ale myślę, że odpowiednio ono wyraża duszpasterską manię tych, którzy kryją się za tym terminem. Podobnie „la pastorale” ma w ustach x. Gromier negatywne znaczenie nowej „mody duszpasterskiej” w liturgii, która nie rozumie, gardzi, poniewiera i nagina liturgię Kościoła pod własne koncepcje. „La pastorale” więc przetłumaczyłem jako „moda duszpasterska”.

Pelagiusz z Asturii

„Odnowiony Wielki Tydzień”

Odnowiony Wielki Tydzień był przede wszystkim sprawą godzin. Chodziło o przywrócenie praktyki wigilii paschalnej, opartej na duszpasterskim dogmacie o Zmartwychwstaniu równo o północy. Niełatwo utrzymać ten dogmat; bowiem dlaczego należy się mu poddać, skoro msze wieczorne praktycznie dopuszczają odprawianie o każdej godzinie dnia i nocy, nawet po śpiewie nieszporów; podczas gdy msza konwentualna odprawia się obojętnie czy po tercji, czy po sekście, czy nonie? Inne przeciwieństwo: zasady kultu mają za fundament, poza biegiem słońca, dyscyplinę postu, która znacznie złagodniała; z czego wynika, że odnowiona budowla przypomina domek z kart. Gorliwość duszpasterska rozciągnęła się od soboty, punktu kulminacyjnego, na cały tydzień począwszy od Niedzieli Palmowej.

Postępująca antycypacja trzech ostatnich dni, następnie przesunięcie na poprzedzający wieczór wywołuje dyskusję. Preambuła dekretu powszechnego stwierdza, że pod koniec średniowiecza przesunięto na [następny] poranek wymienione uroczystości. Otóż bulla świętego Piusa V, Ad cujus notitiam, z 29 marca 1566, więc 113 lat po zakończeniu średniowiecza, zakazuje tego, co robiono jeszcze, za pozwoleniem czy przez zwyczaj, w kościołach katedralnych, kolegialnych, konwentualnych i innych, to znaczy, odprawiania wieczorem lub blisko zachodu słońca uroczystości wielkosobotnich i innych. Cel jest oczywisty, moda duszpasterska musi przywrócić, naprawić szkody; im były poważniejsze, tym milej widziana będzie odnowa; Bóg wie czy odnowa, którą należało dokonać przed wszystkimi innymi, nie powinna była polegać na zniesieniu bulli świętego Piusa V, dając biskupom tak upragnioną wolność wyboru najkorzystniejszej godziny popołudniowej dla obrzędów Wielkiego Tygodnia: pozwalając także tym, którzy chcą, przyjąć komunię; która to została zniesiona, ponieważ obawiano się złamania postu w godzinach popołudniowych tam, gdzie jeszcze celebrans tak odprawiał.

Jej (duszpasterskiej mody – przyp. PA) terminologia zasługuje na uwagę; bowiem pewien apologeta, zresztą patentowany, utrzymuje nas w niewiedzy. Do tej pory znano Niedzielę Męki Pańskiej, Niedzielę Palmową, poniedziałek, wtorek i środę Wielkiego Tygodnia, Wielki Czwartek, po łacinie in Coena Domini, Wielki Piątek, po łacinie in Parasceve oraz Wielką Sobotę. Ponieważ chce się bardziej podkreślić uroczysty charakter procesji z palmami, dlaczego uzależniać ją od Niedzieli Męki; i nie pozostawić tej niedzieli jej starej nazwy Niedzieli Palmowej, którą wszyscy rozumieją i która nikogo nie myli? Jeśli Wielka Sobota tak się nazywa, piątek może równie dobrze nazywać się tak samo u wszystkich chrześcijan świata. Wkrótce będzie 2000 lat jak się go nazywa in Parasceve; sama nazwa wskazuje na jego starożytność. Dlaczego zatem zastępować ją Męką lub Śmiercią Pana; wyrażeniem zbytecznym, nietradycyjnym, nieznanym w kanonie mszy? W stylu kościelnym męka (fr. „passion”) oznacza cierpienia aż po śmierć włącznie. Jeśli rzeczownik śmierć był tak konieczny, zdrowy rozsądek wymagałby, żeby był on dodany do słowa męka w tytule Ewangelii: Passio D.N.J.C. nazwanej obecnie opowiadaniem Męki.

Pojawia się okazja, aby zbadać prawne zdolności mody duszpasterskiej. Nie wystarczy mówić o czymś, by to stworzyć. Oficjum in choro oznacza miejsce liturgiczne gdzie duchowni zachowują się wedle zasad liturgicznych. Oficjum in communi nie określa ani miejsca, ani kogokolwiek; to grupa ludzi zebranych bez mandatu, bez jednostki prawnej, które zechciały odmówić wspólnie prywatne oficjum. Brewiarz odróżnia in choro i extra chorum; nie ma terminów pośrednich.

To, że nieszpory Wielkiego Czwartku i Piątku zostały pominięte, zniesione, jest szczytem arbitralności, zwłaszcza gdy wysuwa się następujący motyw: msza zajmuje miejsce nieszporów, bowiem jest najważniejsza. Otóż, między mszą a nieszporami nie ma żadnej rywalizacji; nieszpory mają tę samą najwyższą powagę co inne funkcje liturgiczne. W zależności od czasów i miejsc nieszpory były skracane po mszy z soboty; były także skracane po mszy czwartku i piątku; nigdy nie pomyślano o ich zniesieniu. Układ godzin przywrócony przez duszpasterców zgadza się w pełni z faktem historycznym, to znaczy, z postem aż do nieszporów, które są poprzedzone mszą i komunią. Nieszpory sobotnie są po południu, przed mszą, która jest nocna; ale jakiż powód może zakazać czwartkowych i piątkowych nieszporów, po mszy, która z definicji nie jest nocna? Brak komplety w Wielką Sobotę jest niewytłumaczalny; Wielki Czwartek i Piątek z kompletą, ale bez nieszporów są wbrew logice; jakkolwiek późno by się nie kłaść spać, i tak trzeba się położyć, a przed snem pomodlić (kompleta jest bowiem liturgiczną modlitwą przed snem – przyp. PA).

Określając procesję z palmami, obrzęd Wielkiego Piątku i Wigilii Paschalnej duszpastercy używają przymiotnika „uroczysty”, podczas gdy pomijają go we wszystkim innym. Otóż uroczysty charakter obrzędów liturgicznych nie jest opcjonalną dekoracją; wynika z natury obrzędu; wynika z jego wszystkich elementów składowych, nie tylko z niektórych. Wszystkie podręczniki wyjaśniają, które obrzędy są uroczyste, a które nieuroczyste. Poza tymi warunkami tak zwana uroczystość jest niczym innym, jak tylko uwydatniającą przynętą w celu wywołania wrażenia i lepszego osiągnięcia celu. Trzeba wiedzieć, że dość niedawnym zwyczajem używa się w sposób zdumiewający słowa uroczysty, nawet dla aktów z konieczności uroczystych, gdzie charakter uroczysty jest nieodłączny. Na próżno uważa się, że można dodać więcej charakteru uroczystego procesji z palmami niż procesji z Matki Bożej Gromnicznej, więcej charakteru uroczystego procesji wielkoczwartkowej niż wielkopiątkowej (zniesionej, jak zobaczymy). Dalej, na tej samej pochyłej, dowiadujemy się, że wielkopiątkowa Męka śpiewana jest uroczyście, jak gdyby można to było zrobić inaczej.

Godna podziwu jest moc duszpasterców, która się ujawnia w zniesieniu nieszczęsnego i smutnego kanonu 1252 §4 dotyczącego postu w Wielką Sobotę.

Tego dnia, mówi się nam, symbol paschału przedstawia naszego Zbawiciela, światłość świata, który łaską swojej światłości rozproszył ciemności naszych grzechów, etc. Otoczone to niegdyś było pewną dozą tajemnicy, bez żadnego ryzyka dla nauczania. Teraz nalega się na stawianie kropek nad i, co wywołuje nieco niepewności. Różne czasy i miejsca dają nam chaotyczny zbiór rytów, w których trzeba szukać myśli przewodniej. Jako następca pierwotnego codziennego nabożeństwa przy zapalaniu światła, rozpalony ogień, czy to wyjęty z ukrycia, gdzie był podtrzymywany, czy to zapalony przez promienie słońca i lupę, czy przez zapalniczkę, zapala źródło światła nocy paschalnej; to paschał, któremu towarzyszy głoszenie tajemnicy paschalnej. Jednoczesna i historyczna obecność dwóch świec paschalnych w żaden sposób nie pasuje do tezy duszpasterców. Zapalenie świecy jest aktem najkonieczniejszym przeciwko ciemnościom; właśnie z tej racji, jeśli ma przywoływać na myśl Chrystusa żyjącego, jest znacznie antycypowane, wyprzedza zbytnio zapowiedź Zmartwychwstania. Podkreślenie świecy przez duszpasterców powoduje, że przypomina bardziej cel niż środek. Niegdyś okadzany, błogosławiony, a nawet konsekrowany zależnie od autora, dziś błogosławiony, paschał staje się przedmiotem, który jest czymś pośrednim między krzyżem, ewangeliarzem i relikwią. To wszystko lepiej będzie widać, gdy dojdziemy do Wielkiej Soboty.

Podczas całego Wielkiego Tygodnia celebrans pomija wszystkie teksty śpiewane przez diakona, subdiakona i kantorów i nie musi ich sam czytać. Nieważne, jak śpiewają oficjujący (często źle), jeśli tylko da się ich usłyszeć i zrozumieć, jeśli głośniki są wyraźne. Trzeba słuchać. Oto zwycięstwo! Cieszą się tym jako powrotem do starożytności, rękojmią na przyszłość, przedsmakiem reform mających nadejść. Jeśli może to zaciekawić wiernych przyzwyczajonych do posługiwania się książką, którzy z nosem w swoich mszalikach oddzielają się od wspólnoty, niech tak będzie! Rozróżnia się lekturę tylko wzrokową od lektury ustnej. Czytanie z ust innego, który śpiewa nie ma żadnego oparcia. Ale czytanie wzrokowe może mieć oparcie; ma szanowną historę; zaczęło się z konieczności, trwało dalej z użyteczności; osiągnęło cechę godności; stanowi część pontyfikalnej asystencji Papieża i Biskupa (tzn. gdy Papież lub Biskup asystują przy oficjum – przyp. PA).

Aby niczego nie zapomnieć, uczy się nas, że uroczysta jest nawet wielkoczwartkowa ciemnica; czego nigdy nie powiedział Mszał, lepiej zredagowany niż niektóre rubryki. Te ostatnie wyrażają dwa pragnienia i jeden zakaz: kler najpierw powinien trzymać zapalone świece podczas śpiewu Exultetu, a następnie podczas dialogu między celebransem a wiernymi przed mszą. Zakaz trzymania palm podczas śpiewu Męki Pańskiej. W sumie te dwie rzeczy mają stworzyć dwa obowiązki dla dwóch nowości; znoszą jedną starożytną praktykę, która znajduje swoje wyjaśnienie u św. Augustyna (homilia z Jutrzni przez Niedzielą Palmową): „gałązki palmy są wyrazami uwielbienia oznaczającymi zwycięstwo, bowiem Pan wkrótce miał pokonać śmierć umierając i zwyciężyć diabła dzięki trofeum swego krzyża”.

Wigilia Zesłania Ducha Świętego nie ma już nic wspólnego z chrztem, stawszy się dniem jak każdy inny, wywołując wrażenie, że mszał kłamie w kanonie. Ta wigilia była denerwującym sąsiadem, strasznym rywalem! Późniejsze oświecone pokolenia będą pewnie surowsze wobec duszpasterców niż obecna opinia publiczna.

Czy się tego chce czy nie, komunia kleru, czego się życzy w wielkoczwartkową mszę, zawsze będzie w konflikcie z pozwoleniem udzielonym na odprawianie mszy prywatnej.

Duszpastercy wzywają Chrystusa Króla na poparcie swej uroczystej procesji z palmami; jak gdyby spodziewano się od nich udoskonalenia pewnej sytuacji, której dostatecznie zaradził autor Glora, laus et honor, ale nie na ich sposób. Niektóre drobne poprawki tradycji, na które w innych miejscach się tak powołują, są równie nędzne, co śmiałe.

Pokropienie wodą święconą jest obrzędem wielkanocnym, który stał się niedzielny. Niedziela Palmowa nie jest mniej niedzielna niż inne. Gdy Matki Bożej Gromnicznej wypadnie w niedzielę, nie znosi pokropienia. To ostatnie nigdy nie polegało na spryskaniu wodą stołu gdzieś tam postawionego, na którym leżą palemki i inne przedmioty. Polega na pokropieniu ołtarza, celebransa, kleru, kościoła i wiernych. Wyjątkiem jest biskup i, z wyjątkiem sytuacji, gdy to niemożliwe, miejscem właściwym dla poświęceń, podobnie jak dla konsekracji, jest ołtarz lub też jego otoczenie, jak na przykład kredensja.

Przez wieki konsekracja olejów dokonywała się przy ołtarzu, zanim zaczęto ją robić przy stole jak dziś, i nie in conspectu populi (łac. „na oczach ludu” – przyp. PA). Cóż duszpastercy mają tu do pokazania ludowi, ci, którzy zostawili sam szkielet z poświęcenia palemek, które samo w sobie było bardzo rozbudowane? Jedna oracja, jeden znak krzyża, jedno pokropienie i jedno okadzenie; spektakl mało pociągający. Ci, którzy likwidują pokropienie niedzielne, co jest prawdziwym przestępstwem liturgicznym, chętnie dopuszczają, by celebrans przeszedł się po kościele, aby pokropić palemki trzymane przez wiernych a następnie przebyć tę samą trasę, aby je okadzić.

Pewien duszpasterski profesor szwajcarskiego seminarium ogłosił pewnego dnia, że czerwień jest kolorem triumfu. Powinno się mu odpowiedzieć: myli się xiądz bardzo, jako że to biały jest kolorem Wielkiej Nocy, Wniebowstąpienia, Bożego Ciała. Ależ nie, słowo raz powiedziane staje się faktem: kolorem procesji z palmami będzie czerwony, a fioletowy zostanie dla mszy. Nie wszyscy uważają tak jak profesor. Ryt rzymski używał fioletowego odkąd się posługuje tym kolorem. Ryt paryski i ryty wielu diecezyj używały czarnego aż do połowy XIX wieku. Kilka rytów używało czerwonego dla procesji i mszy. Jedne kładły nacisk na żałobę, inne na krwawą ofiarę. Ale każdy trzymał się tego samego koloru: nikt nigdy nie miał pomysłu by go zmienić. Bowiem całe oficjum Niedzieli Palmowej jest splotem części zwycięskich i dotyczących męki. Od jutrzni aż do nieszporów włącznie, razem z mszą, widzimy, że liczba części dotyczących męki nieznacznie przekracza liczbę części zwycięskich. Gdy dwie rzeczy są tak splecione, nie ma konieczności żadnego rozdziału. Wydało się szwajcarskiemu profesorowi, że się wyróżni, imitując rozsądną zmianę koloru, która następuje w święto Matki Bożej Gromnicznej. Ale jego pastisz jest tylko żałosną kopią nowoczesnego święta Chrystusa Króla.

Rozdanie palemek, jak czytamy, ma się odbyć według zwyczaju. Czy się to podoba duszpastercom czy nie, przed zwyczajem są jeszcze zasady, których należy się trzymać. Podobnie jak celebrans, gdy nie jest jedynym kapłanem, otrzymuje popioły i świecę z rąk najgodniejszego spośród kleru, tak też ma otrzymać swoją palemkę. Jeśli jej nie otrzyma, będzie bez palemki podczas procesji. W tym temacie poważni rubrycyści zastanawiali się, czy duszpastercy nie chcieli, by celebrans nie niósł palemki podczas procesji, ponieważ miałby on przedstawiać Chrystusa, który jej nie niósł. Hipoteza ta, rozwijając tę logikę, prowadzić miała do tego, że celebrans siądzie na osiołku. Na szczęście duszpasterska moda się pohamowała, zgadzając się na zapomnianą palemkę.

Ta (moda duszpasterska – przyp. PA), która sprowadziła poświęcenie palemek do najprostszego wyrazu, pozwoliła sobie przedłużyć ich rozdawanie, wziąwszy pod uwagę wielką liczbę śpiewów przeznaczonych na tę akcję. Podczas gdy długość poświęcenia wydawała się ogromna, ta masa dodana ma ponoć nie wystarczyć potrzebie.

Normalnie niesienie krzyża procesyjnego należy do subdiakona, zawsze, gdy celebrans go nie potrzebuje do niesienia Najświętszego Sakramentu czy przy chrzcielnicy. Dodatkowy subdiakon w roli niosącego krzyż nie ma racji bytu, chyba że subdiakon jest zajęty jak wyżej.

Przez dwa tygodnie krzyż ołtarzowy pozostaje zasłonięty. Choć jest zasłonięty okadza się go, oddaje się mu cześć poprzez przyklęknięcie lub głęboki pokłon. Zakazane jest odsłanianie go pod jakimkolwiek pretekstem. Przeciwnie, (w nowym obrzędzie – przyp. PA) krzyż procesyjny, zastępujący krzyż ołtarzowy, jest niesiony odsłonięty podczas procesji. Na początku i na końcu tej ostatniej widać dwa krzyże, jeden zasłonięty, drugi odsłonięty. Co można z tego zrozumieć?

Bezład wzmaga się po powrocie procesji. Poprzedzanie wielkiej osobistości, towarzyszenie jej do bram miasta, które są zamknięte, zatrzymanie się przy bramie, aby ją wysławiać i ogłosić jej nadejście, wreszcie pompatyczne otwarcie bram na jej cześć, oto co zawsze było jednym ze sposobów oddania najwyższego hołdu. Ale to nie pasuje twórczemu geniuszowi duszpasterców.

Nie można inaczej niż wandalizmem określić faktu wyrwania Gloria, laus et honor z jego miejsca przy drzwiach kościoła, aby je zmieszać z całym procesyjnym bagażem muzycznym o prawie potrojonej długości, bowiem skąpstwo i strata czasu idą w parze. Zatem brak zatrzymania się przy drzwiach, zamkniętych a następnie otwartych; krzyż procesyjny odsłonięty, aby go podkreślić, ale poniżony, ponieważ odmawia mu się prawa do otwarcia drzwi. To wszystko wbrew starożytnemu i nowoczesnemu ceremoniałowi i to z jakim pożytkiem? Duszpasterskie rubryki lubują się w wyrażeniu: „nic nie stoi na przeszkodzie, aby”, nihil impedit quominus. W tym miejscu posługują się nim, aby puścić wodze wiernych, którzy mogą śpiewać hymn Christus vincit albo inny śpiew na cześć Chrystusa Króla. Tolerancja, która naturalnie będzie miała swoje konsekwencje; wierni przechytrzą kler, mają wybór śpiewów i języka; jeśli będą śpiewać na cześć Chrystusa Króla, będą chcieli śpiewać na cześć Jego Matki, która jest Królową. Tyle pragnień, życzeń w najwyższym stopniu duszpasterskich.

Rzymska rubryka mówiła: gdy procesja wchodzi do kościoła śpiewa się Ingrediente Domino, rubryka duszpasterska mówi: gdy procesja wchodzi do kościoła, w chwili gdy celebrans przekracza próg, śpiewa się Ingrediente Domino. Nie zwraca się uwagi na drzwi przy powrocie procesji (cf. poprzedni akapit – przyp. PA); teraz pilnie baczy się na przekroczenie progu przez celebransa, który wydaje się być utożsamiony z Chrystusem wjeżdżającym do Jerozolimy.

Między procesją a mszą zostajemy wzbogaceni o orację końcową i podsumowującą o wybrakowanej formie; nie ma potrzeby, by celebrans podchodził do ołtarza, zwłaszcza odwracając się doń plecami, specjalnie po to, aby odśpiewać orację i natychmiast odeń odejść. Czy kiedykolwiek było coś takiego po procesjach w dni krzyżowe? Wreszcie, w obecnym przypadku, trzymanie księgi przed celebransem należy do diakona i subdiakona, a nie do kleryka (a dokładnie członka kleru z niższymi święceniami – przyp. PA).

Dawniej Męką Pańską nazywano ewangeliczny śpiew Męki, a Ewangelią koniec Męki śpiewany na sposób Ewangelii. Dzisiaj obie, złączone części nazywają się opowiadaniem Męki lub Ewangelią Męki i Śmierci. Taki postęp duszpasterski wart jest zachodu! Złożone ornaty to jedna z najstarszych cech rytu rzymskiego; pochodzą z czasów, kiedy cały kler nosił ornat i zostały zachowane […(tu brak tekstu w źródle tłumaczenia – przyp. PA)] najsurowszą pokutą. Przez ich porzucenie wydaje się, że malowidła w katakumbach kłamią: jest to ogromna strata, obraza dla historii i […(tu również brak tekstu w źródle tłumaczenia – przyp. PA)] mylnie, mówi się, udziela się takiego wyjaśnienia propocjonalnego do przestępstwa: ciężko znaleźć składane ornaty. Otóż jest wręcz przeciwnie: wszędzie można znaleźć fioletowe ornaty, które da się złożyć, podczas gdy fioletowe dalmatyki są o wiele mniej dostępne. Ponadto zawsze istnieje możliwość służenia w albie.

Duszpastercy lubią przycinać coś na początku i na końcu mszy. Ich przycinki, oprócz tego, że pozwalają zyskać tylko krótkie chwile, są raczej nieznaczące, ale przede wszystkim służą im za trampolinę do nowych skoków na ich reformatorskiej drodze. I tak zatem nie ma już psalmu Judica me, ani spowiedzi powszechnej przed mszą w Niedzielę Palmową i Wielką Sobotę, ponieważ poprzedzone są inną ceremonią; ale chciałoby się tak samo dla mszy w Matki Bożej Gromnicznej, w Środę Popielcową, we mszy ślubnej, pogrzebowej, mszy poprzedzonej komunią. Przenieśmy się od początku na koniec. W Niedzielę Palmową, Wielki Czwartek i Wielką Sobotę, nieupragniona ostatnia Ewangelia jest pominięta; doskonale, ale na podstawie jakiej zasady? W Wielki Czwartek błogosławieństwo jest pominięte, bowiem ceremonia nie jest zakończona; ale chciałoby się tak samo w Boże Ciało i w każdej mszy, po której następuje procesja z Najświętszym Sakramentem.

Gdy wprowadzony został zwyczaj śpiewania Męki dialogowanej przez trzech dodatkowych diakonów, raczej na sposób lekcji niż Ewangelii, zarezerwowano koniec Męki, śpiewanej na sposób Ewangelii, dla diakona od celebransa, aby nie popaść w absurd diakona, który nie śpiewa Ewangelii. Trzech diakonów rozpoczynało i kończyło Mękę bez ceremonij, jak przy lekcjach; sam jeden diakon, przeciwnie, dokonywał zwyczajowych ceremonij Ewangelii. To wszystko miało ręce i nogi, wywodziło się z kaplicy papieskiej. I tak więc diakon jest wyparty przez trzech od Męki, która stanowi odtąd jedno z Ewangelią; Munda cor meum i błogosławieństwo sprzed Ewangelii przesunięte są przed Mękę; a okadzenie księgi, pocałowanie księgi, okadzenie celebransa znikają. Te trzy gesty ulegają mentalności duszpasterskiej; bowiem dla niej nie ma Ewangelii, jest tylko opowiadanie, opowiadanie Męki; ponieważ brak Ewangelii, brak ewangeliarza; wskutek tego nie okadza się książki z opowiadaniami, nie całuje się jej, nie okadza się tego, który jej nie pocałował.

Spójrzmy dalej. Księgi męki-ewangelii przychodzą, jak mogą; jest o nich mowa tylko w Wielki Piątek. Duszpastercy nie wiedzą, jak się nosi ewangeliarz; dlaczego musi być trzech akolitów towarzyszących, zamiast dwóch; że diakon klęczący po to, by mówić Munda cor meum, nie ma dokonywać pokłonu; powtarzają do przesytu, że męka-ewangelia jest śpiewana lub czytana. Zresztą, ich wszystkie rubryki tak są napisane, iż wydaje się, że dowolnie można czytać w oficjum śpiewanym albo śpiewać w oficjum czytanym, wybrać można to, co chce się śpiewać i zostawić to, czego się nie chce śpiewać, można odprawiać oficja na poły śpiewane, na poły czytane, można mieszać śpiew i czytanie. Oto w tej chwili jedna ze strasznych zmor, razem ze zmorą języka pospolitego. Nie jest zupełnie nowe i otrzymało nawet poparcie decyzyj powziętych ostatnimi laty, że w śpiewanych święceniach, biskup wyświęcający przerywa śpiew prefacyj, aby wypowiedzieć bez śpiewu słowa istotne; bowiem, jak się wydaje, śpiew szkodzi wymaganej uwadze.

Męka według czterech ewangelistów zawierała ustanowienie Eucharystii, zarówno dlatego, że [ta ostatnia] służy jako wstęp do niej, jak i dlatego, że nie może być dla niej lepszego miejsca niż we mszy. Duszpastercy, którym się spieszy, gdy mają na to ochotę myślą inaczej i wyrzucają ustanowienie Eucharystii. Wskutek tego jest ono wykluczone przez cały rok z liturgii w Kościele rzymskim, bez wątpienia dla lepszego pouczenia wiernych.

Pominięcie psalmu Miserere na końcu godzin kanonicznych uspokaja biedny kler i nieszczęśliwych wiernych. Psalm ten mógł zostać tylko po laudesach czy nieszporach lub nawet tylko w chórze, lub nawet tylko jako dowolny. Duszpastercy mogli byli przeczytać z korzyścią dla siebie to, co kard. Wiseman, pierwszy arcybiskup Westminsteru, napisał o śpiewie tego psalmu podczas oficjum ciemnej jutrzni w kaplicy papieskiej.

Missa Chrismatis, papieska msza odprawiana z 26 ubranymi duchownymi (12 kapłanów, 7 diakonów, 7 subdiakonów – przyp. PA), co przypomina koncelebrę, odprawiana bez żadnego związku z postem, w której udzielanie komunii nie jest dozwolone, tworzy osobliwy problem trudny do rozwiązania. Jej właściwa prefacja w tonie ferialnym stoi obok innych osobliwości.

W rycie rzymskim użycie stuły ograniczone jest przez zasady; nikt nie może jej nosić bez powodu; zakłada się ją w odpowiedniej chwili, ani wcześniej, ani później; jest strojem świętym, nie ma żadnego związku ze strojem chórowym, czy to jeśli chodzi o jednostki, czy to jeśli chodzi o całość kleru. Kapłani nie mają większego prawa nosić stuły podczas mszy, w której przyjmą komunię, niż podczas mszy święceń, w której będą nakładać ręce. Mówiąc rzecz przeciwną duszpastercy nadużywają swej niezasłużonej swobody.

W wielkoczwartkowej mszy celebrans uroczyście rozpoczyna Gloria in excelsis. Jakżeby to miał robić inaczej? W tym miejscu widzimy przeniesienie akcentów, jeśli nie wielkiej wagi, to co najmniej wysokiego znaczenia duszpasterskiego. Do tej pory po śpiewie Męki w Wielki Piątek liturgia dawała miejsce kazaniu o Męce. Żałowano Chrystusa umarłego na krzyżu przed adorowaniem i Jego i krzyża. Teraz już jest inaczej, nie ma o tym mowy. Natomiast po ewangelii w Wielki Czwartek homilia jest mocno zalecana, aby podziwiać Chrystusa obmywającego stopy.

Ze starożytnych dokumentów wynika, że msza nie była nigdy ani miejscem, ani czasem Mandatum (obmyciem nóg – przyp. PA). To ostatnie było od niej oddzielone, powszechnie po nim następował posiłek kleru. Król czy cesarz brał udział w mandatum, a nie we mszy. Ceremoniale Episcoporum umieszcza Mandatum w odpowiednim pomieszczeniu, albo w sali kapitularnej, albo w kościele, ale nie w chórze. Mszał nie precyzuje żadnego miejsca, nie zakłada ani chóru ani ołtarza. Od czasu, kiedy pojednanie pokutników zaczęło następować w nawie, zdrowy rozsądek nie mógł dopuszczać w chórze ludzi świeckich. Duszpastercy chcą Mandatum we mszy, tylko tolerują je poza nią; ledwo zwracają uwagę na to, że można obmyć stopy członkom kleru, prawdziwym lub zastępującym ich.

Pewna uwaga co do podziału ról narzuca się sama przez się. Diakon i subdiakon mają wprowadzić dwunastu wybranych mężczyzn (i już nie trzynastu) do chóru, a potem odprowadzić ich do ich wcześniejszego miejsca. Służba ta należy do kościelnego lub zakrystiana, ale właściwie wyraża duszpasterską mentalność przesiąkniętą demagogią mało korzystną dla duchowieństwa. Był kiedyś czas, gdy każdy kandydat do obmycia nóg był niesiony, na rękach, przez zdolnych do tego mężczyzn, przed mającego obmywać nogi siedzącego Papieża. Duszpastercy nie ośmielili się posuwać „miłości braterskiej” aż do tego stopnia i zadowolili się użyciem diakona i subdiakona do przyprowadzenia kandydatów a potem odprowadzenia ich poza chór. Niektórym żal będzie wspomnianego starożytnego zwyczaju, bowiem nie tylko sport, ale także działalność społeczna i duszpasterska duchowieństwa mogła na tym skorzystać.

Napotykamy wielką przeszkodę nie dopuszczającą żadnej wieloznaczności. Dekretem z 4 grudnia 1952 r. Święta Kongregacja Obrzędów cenzurowała niestosowność tego, że biskup zakłada obuwie i je zdejmuje, zakłada i zdejmuje obuwie i sandały w kościele; wskutek tego zakazywała takiego użycia obuwia liturgicznego, które [odtąd] miało następować zawsze poza kościołem, pomimo do tej pory obowiązujących zasad. Dekret ten aż nad wyraz podlega dyskusji, bowiem opiera się na niedokładności, przypisując Ceremoniale Episcoporum rzeczy, których nigdy nie mówił. Biskup, poza mszą, przyjmuje obuwie i sandały na nogi i stopy, które nie są gołe, a okryte pończochami. Obuwie to jest ubiorem świętym, tak jak mitra czy para rękawic, które są poświęcone, otrzymane jednocześnie z biskupstwem, którym towarzyszy modlitwa, wprowadzonym w użycie z całą możliwą stosownością; praktyka ta istniała od wieków. Przeciwnie, 12 mężczyzn w chórze, podczas mszy, zdejmuje obuwie, odkrywa całkowicie swą prawą stopę i zakłada z powrotem obuwie zanim odejdzie; praktyka ta jest nowoczesnym wynalazkiem. W skrócie, dwanaście gołych stóp jest mniej niestosowne niż dwie stopy biskupa, które zakryte są obuwiem, o innych różnicach nie wspominając.

Troska o wyeliminowanie słowa pax z mszy wielkoczwartkowej, bowiem nie udziela się pocałunku pokoju, rozciąga się na orację, na Confiteor, etc…, na pocałowanie ręki biskupa, na Ite missa est, na błogosławieństwo i na ostatnią ewangelię. Ale nie wiadomo, czy tolerują inne pocałunki, dłoni i przedmiotu; bowiem mogliby ich także z marszu zakazać. Uczoność duszpasterców jest jeszcze na poziomie traktowania pocałunku dłoni jako pocałunku pierścienia.

Usunięcie Confiteor na komunię w Wielki Czwartek, czyli zamiana, która traktuje niezauważalne Confiteor mówione privatim (prywatnie, cicho – przyp. PA) przez celebransa na początku mszy, jako zastępstwo wspólnego Confiteor, śpiewane przez diakona przed komunią, jest, można powiedzieć, naciągana. Subtelność podmiany nie wystarcza do zamaskowania olbrzymiej różnicy między oboma użyciami Confiteor. Zbyt dużo finezji może szkodzić.

Rozpoczęcie i powrót procesji z ciemnicy daje wyraźny dowód ceremonialnej zręczności duszpasterców. Na początku celebrans bierze cyborium z pomocą diakona i to niezręcznie; wróciwszy kładzie go z lub bez pomocy diakona, i równie niewłaściwie. Reformy wymagają od tych, którzy je wykonują, formacji, której wielu nie ma. Od Niedzieli Palmowej nie mamy żadnych wieści tak co do krzyża procesyjnego, jak i co do krzyża ołtarzowego. Czy zostały odkryte, czy zakryte i jakim kolorem? Nikt nic nie wie na ten temat.

Kult wielkopiątkowy zawiera komunię […] zachowując jednocześnie główne zewnętrzne rysy mszy. Ten kult nauczony […] wcześnie został zapożyczony przez ryt rzymski od chrześcijan wschodnich, którzy wciąż na szeroką skalę zeń korzystają. Msza darów uprzednio uświęconych miała zatem na kim i na czym się oprzeć, zwłaszcza jeśli zauważy się, że przez wieki ryt rzymski miał mszę suchą; prawdziwą imitację. Mimo wszystko, uderzono na alarm wśród duszpasterców; był to rozkaz eksterminacji. Na alarm zawołał pewien belgijski opat benedyktyński, mówiąc: „ceremonia wielkopiątkowa przyjęła nieznośne podobieństwa do mszy”. Nie potrzeba było niczego więcej duszpastercom. Z zawziętością godną najlepszeej sprawy wypełnili ten program: pousuwać elementy na wskroś rzymskie; przyłączyć elementy obce; przywrócić elementy rzymskie mniejszej wagi lub które wyszły z użycia; wykluczyć wszystko, co mniej lub bardziej przypomina mszę. Co do tego punktu ich idée fixe jest naśladowaniem refrenu Delenda est Carthago. Msza darów uprzednio uświęconych ucierpiała z powodu niezrozumienia, padła ofiarą kabały. Słownik liturgii, wyd. Migne, mówił w 1844 roku: „Ryt rzymski wydaje się nam, jeśli chodzi o adorację krzyża, o wiele poważniejszy i bardziej budujący niż ryt różnych diecezyj Francji”. Uwaga skierowana do duszpasterców w odniesieniu do całej ich konstrukcji, która stała się nabożeństwem pod nazwą „Szczególnej i uroczystej akcji liturgicznej męki i śmierci Pańskiej”; akcji, która pomimo swego określenia, nie uszlachetnia swego przedmiotu.

Pontyfikał rzymski uczy nas, że nie pozdrawia się nowego ołtarza przed postawieniem na nim krzyża. Bowiem nie pozdrawia się samego ołtarza, ale właśnie krzyż, który nad nim góruje i do którego kierują się wszystkie modlitwy. Był czas, kiedy przynoszono krzyż i świeczniki do ołtarza przychodząc doń i zabierano je odchodząc. Dziś nie jest już dozwolone trzymanie ołtarza na stałe odkrytego. Dlatego zwracam się do duszpasterców: „W Niedzielę Palmową odkryliście krzyż procesyjny pod pretekstem podkreślenia go; w Wielki Piątek, gdy jest zakryty, zabieracie krzyż z ołtarza, posyłacie go do zakrystii, skąd go potem przynosicie; jak więc wyjaśnicie podobną sprzeczność?” Odmówmy [im] wszelkiego geniuszu twórczego czy organizatorskiego. Zwróćmy w końcu uwagę na to, że krzyż ołtarzowy przypomina mszę.

Duszpastercy dzielą uroczystą akcję na cztery potytułowane części, z których druga i trzecia są uroczyste, ale pierwsza i czwarta nie. To dozowanie jest równie mądre i godne podziwu, co jego autorzy.

O ornatach nie ma mowy; pachniałyby mszą. A więc biedny celebrans musi zadowolić się założeniem alby, jak w wiejskim kościółku, pomimo nagłośnionego uroczystego charakteru; jest to zniewaga, której oszczędzał mu ryt rzymski.

Ołtarz bez krzyża, choć nadal zasługuje na pocałowanie, sam w sobie, nie ma prawa być pozdrowiony, a tym mniej żeby się do niego modlono; nie wzywa się bowiem ołtarza. W rycie rzymskim będąc na kolanach, albo klękając na dwa kolana i czyniąc pokłon, wykonuje się pokłon średni, nie głęboki. Ta starożytna zasada została potwierdzona pół wieku temu. Przerażenie ogarnia patrząc na liturgię między dwoma władzami, lub tylko dwoma sposobami postępowania, które są sobie nawzajem obce.

Duszpastercy wzbogacają Wielki Piątek modlitwą wstępną i trzema modlitwami końcowymi; jedną ręką skracają, a drugą wydłużają, posiadając monopol złotego środka; zobaczymy, że znajdują się pod ostrzałem z dwóch stron, […], [wpadli] do własnej sieci. Celebrans śpiewa modlitwę wstępną u stopni ołtarza, bowiem wejdzie po nich dopiero na wielkie modlitwy. A ponieważ, przy ołtarzu, kapłan trzyma ręce rozłożone tylko będąc w ornacie podczas mszy i ponieważ Delenda est Carthago, rozłożone ręce ustępują rękom złożonym; ale moda duszpasterska poddaje się. Powstaje pytanie, dlaczego druga lekcja zastępująca epistołę jest śpiewana przez subdiakona, wziąwszy pod uwagę to, że nazwa mszy jest odrzucona i to, że diakon nie śpiewa ewangelii.

Razem z duszpastercami trzech diakonów odmawia Munda cor meum i prosi o błogosławieństwo – tak jest w Niedzielę Palmową; w Wielki Piątek trzech nie mówi Munda cor meum i nie prosi o błogosławieństwo, ale idzie przed celebransa, który głośno zwraca się do nich z pozdrowieniem. Do tej pory Munda cor meum zawsze poprzedzało ewangelię w czterech Mękach. Nawet duszpastercy zachowali je przed swą ewangelią-opowieścią Męki; ale wykluczyli je w piątek; dlaczego? Być może tego dnia i dla nich Męka jest mniej ewangelią niż opowieścią. Lukę po Munda cor meum wypełnia nowa zdobycz: formuła miłego życzenia, w której ewangelia nie jest wymieniona. Ponadto, udzielając błogosławieństwa celebrans mówi media voce; ale wypowiadając formulę mówi clara voce; nowa formuła jest bez wątpienia lepsza niż ta starożytna. Wreszcie, trzej diakoni od Męki, którzy klękają prosząc i otrzymując błogosławieństwo, nie mają żadnego powodu do pokłonu, aby usłyszeć pozdrowienie celebransa; nie czyni się pokłonu, aby odpowiedzieć na Dominus vobiscum.

Tu rozpoczyna się drugi okres przebierania, po którym następują dwa inne, czyli w sumie cztery. Oto kara purytanów, którzy zarzucali rytowi rzymskiemu, że zbyt często każe zmieniać szaty. Duszpastercy, łagodząc swoje uprzedzenia przeciwko mszy, każą celebransowi ubrać się i przystąpić do ołtarza, jednak nie poddając się zakładają na niego kapę; stawiając go na środku ołtarza, nie po stronie epistoły, ze świętymi szafarzami po obu bokach, a nie za nim; każą mu trzymać ręce rozłożone, pomimo kapy.

Nie zajmują się już różnymi aspektami krzyża z wyjątkiem jego budowy; krzyż relikwiarzowy, drzewo prawdziwego krzyża ich nie interesuje; wbrew pochodzeniu rytu. Ktoś tu słabo się zna i nie rozumie rytu rzymskiego. Gdzie indziej skopiowano przeniesienie krzyża z zakrystii aż do ołtarza, gdzie go brakuje, gdzie ma swoje stałe miejsce, zarówno poza mszą jak i podczas mszy. Zakrywanie krzyża nie oznacza ukrycia go, wyprowadzenia go do zakrystii, usunięcia go z ołtarza, gdzie musi, bardziej niż kiedykolwiek indziej, panować w ten piątek. Niech moda duszpasterska ma świadomość, że zasłona musi zakrywać cały krzyż, nie tylko krucyfiks; bowiem to krzyż głównie jest pokazywany.

Czekają na nas inne nowości. [Oto] pojęcia duszpasterców dotyczące procesyj: diakon, w otoczeniu dwóch świec, przynosi wygnany do zakrystii krzyż – to procesja; wierni defilują, aby adorować krzyż – to procesja; diakon, w otoczeniu dwóch świec, przynosi z ciemnicy Najświętszy Sakrament – to już nie procesja. Niech to pojmie, kto potrafi. Nie używano światła przed przeniesieniem Najświętszego Sakramentu, czego krzyż nie zazdrościł; teraz duszpastercy używają światła dla krzyża. Skutkiem jest to, między innymi, że celebrans, odkrywając krzyż, znajduje się pośrodku czterech osób; dużo ludzi na mało miejsca! Krzyż, przyniesiony przez diakona, a następnie odkryty przez celebransa jest następnie oddany w ręce akolitów, do których to nie należy, zwłaszcza nie przy ołtarzu, gdzie nigdy nie jest ich miejsce.

Od wieków, i słusznie, chciano oprócz krzyża adorować umarłe ciało Chrystusa, rozciągnięte na położonym krzyżu. Oto dlaczego kładziono go na dywaniku, na poduszce, z nakryciem białym i fioletowym spełniającym rolę całunu. To przekraczało pojęcia duszpasterców, dla których umarły wiszący na ramionach ma być utrzymywany w pionie. Odrzucili również pokazanie-adorację krzyża, która nie jest niczym innym jak wywyższeniem, jest umieszczeniem go w zasięgu tych, którzy adorują go padając. Nie mniej niezrozumiana jest adoracja krzyża; przebiegała jak adoracja Papieża, poprzez trzy przyklęknięcia rozłożone w czasie i przestrzeni, przed pocałunkiem krzyża lub Papieża (w oryginale „papier”, pewnie błąd – przyp. PA); jednakże w ten piątek trzy przyklęknięcia na jedno kolano zostały zastąpione trzema adoracyjnymi uklęknięciami. To za pośrednictwem Papieża przyklęknięcie pojawiło się rycie rzymskim.

Podczas odkrywania krzyża, po każdym z trzech Ecce lignum crucis, łączono działanie z wezwaniem, klękano i adorowano odpowiadając Venite adoremus. Adoracja w ciszy następowała podczas trzech uklęknięć poprzedzających ucałowanie. Duszpasterski geniusz przenosi cichą adorację z trzech zlikwidowanych uklęknięć, umieszcza je po każdym Venite adoremus. W ten sposób powoduje raczej stratę niż zyskanie czasu; co podkreśla przez posyłanie adorujących pojedynczo zamiast po dwóch. Wierzy pewnie, i nie jest jedyny, że śpiew szkodzi adoracji, uwadze, skupieniu.

Problem zbiorowej adoracji krzyża od dawna był rozwiązywany przez użycie kilku krzyży, czy to danych na pocałowanie przez wiernych, czy to wystawionych dla ich adoracji w kilku miejscach. Po adoracji krzyż ołtarzowy powraca na swoje normalne miejsce, z którego poszedł do zakrystii. Jego powrót pociąga za sobą osobliwą rubrykę.

Zmienia się w tym momencie kolor. Biały i czarny są dwoma kolorami pierwotnymi rytu rzymskiego, ale duszpastercy wolą nad czarny fiolet, który jest najnowszym kolorem. Ci, którzy wzmacniają żałobę Wielkiego Piątku nazywając go dniem śmierci Pańskiej, odrzucają czarny, kolor śmierci. Ci, którzy eksterminują mszę darów uprzednio uświęconych, którzy do tego momentu ubierali celebransa w czarną kapę, nakładają nań fioletowy ornat, nie dają żadnych jego świętym szafarzom, a przebierają ich w dalmatyki. Czy można sobie zaprzeczyć bardziej wyraźnie? Jeśli duszpastercy widzieli niespójność między komunią i kolorem czarnym, powinni byli rozważyć to, że msza za zmarłych odmawiana jest na czarno, że podczas niej udziela się komunii, nawet używając hostyj konsekrowanych wcześniej, że udziela się komunii na czarno natychmiast po lub przed mszą na czarno.

Pytam duszpasterców: jaką potrzebę, jaką konieczność widzicie w nakładaniu na celebransa ornatu tylko po to, aby udzielić komunii? Rozdawanie komunii nigdy nie zakładało ornatu poza mszą. Eksterminujecie mszę darów uprzednio uświęconych, uparcie eliminujecie najmniejszy szczegół, który mógłby przypominać o niej, a śmiecie nałożyć na celebransa ornat, gdy odmawiacie go jego świętym szafarzom. Nic nie upoważnia celebransa, by był ubrany na akt numer 4 waszego przedstawienia, bowiem pozostawiacie go nieubranego, w albie, na wasz akt numer 1. Wasza władza dyskrecjonalna jest obszerna; a nadużycia tym niemniej.

Wielkoczwartkowa procesja, ostatecznie ustanowiona przez Sykstusa IV (†1484) i wielkopiątkowa, ustanowiona przez Jana XXII (†1334), zatem przez tę samą władzę, mają ten sam przedmiot, ten sam cel, ten sam stopień uroczystości, z taką różnicą, że pierwsza ma charakter świętowania, a druga charakter żałoby. Dlaczego zatem znieść jedną zachowując drugą? Przyniesieniu Najświętszego Sakramentu towarzyszy śpiew trzech antyfon na cześć krzyża, zamiast hymnu Vexilla regis, który ma ten sam przedmiot, ale bez wątpienia nie duszpasterski.

W rycie rzymskim celebrans wszędzie śpiewa sam Pater noster, albo w całości, albo na początku i na końcu, a środek cicho. Najlepszym na to dowodem jest to, że asysta nic nie mówiąc odpowiada tylko sed libera nos a malo. Jednakże moda duszpasterska musi reformować, a oto podsumowanie jej osiągnięć: Pater noster jest recytowane, zamiast być śpiewane; recytowane przez wszystkich; recytowane w oficjum śpiewanym; makabryczna mieszanka rytu rzymskiego i wschodniego; recytowane uroczyście (sic), ale pozbawione uroczystego charakteru śpiewu; recytowane z rękoma złożonymi, podczas gdy libera nos jest recytowane z rękoma rozłożonymi. Żałosne wyjaśnienie, według którego Pater, ponieważ jest modlitwą przed komunią, musi być recytowane przez wszystkich jednocześnie1. Pojawiają się dwa pytania: czy w ten piątek Pater jest bardziej przed komunią niż w inne dni roku? Czy Pater jest bardziej przed komunią niż inne modlitwy przed komunią?

Opracowanie rubryk jest naturalnie na tym samym poziomie. I tak, czytamy, celebrans bierze hostię prawą dłonią; czyż zatem ma się uderzać w pierś lewą dłonią? Nie wiadomo, czy lewa dłoń opiera się na korporale czy na cyborium. Czytamy, że uderzając się w pierś, zamiast średniego pochylenia, parum inclinatus, celebrans pochylony jest głęboko; którą to postawę uniemożliwia wysokość ołtarza.

Oznaką braku szacunku dla liturgii i celebransa jest usunięcie kielicha i wielkiej hostii; mała go pomniejsza. Kielich niegdyś służył za cyborium i tak może być dalej. Były czasy i miejsca, gdzie komunia w piątek następowała pod obiema postaciami zachowanymi, zatem z użyciem kielicha; droga pamiątka, którą można zachować. Kielich służył do puryfikacji celebransa i otwierał drogę puryfikacji kleru; czcigodny ryt nie zniesiony; nie jedzono bez picia. To wszystko właściwie przypominało mszę, nikogo nie wprowadzało w błąd, nie przeciwstawiało się komunii powszechnej; nieważne.

Duszpasterska moda wprowadza trzy postkomunie, śpiewane przez celebransa ze złożonymi rękoma, pośrodku ołtarza, między świętymi szafarzami i podczas których się stoi. Inna ciekawostka: podczas komplety świece są zgaszone; zatem krzyż po odsłonięciu może obejść się bez światła; dlaczego zatem dać mu światło przed odsłonięciem i podczas adoracji? Gra rekompensaty; daje się krzyżowi światło, którego nie miał; odbiera się Najświętszemu Sakramentowi, krzyżowi i ołtarzowi okadzenie, które miały.

Kościół płacze i boleje przez trzy dni, kiedy Pan Jezus pozostaje w grobie; przez te trzy dni pogrzebu Chrystusa zmarłego wszystkie godziny oficjum kończą się modlitwą Respice quaesumus, która jest właśnie modlitwą super populum we mszy w Wielką Środę. Duszpastercy zrywają tę ciągłość i jedność poprzez zastąpienie; na koniec godzin sobotnich umieszczają modlitwę, która udziela im aspektu banalnej wigilii, która kłóci się z resztą, zwłaszcza z antyfoną Christus factus est. Gdyby duszpasterska moda była logiczna, widziałaby, że nie ma powodu, by odmawiać jej modlitwę, która nie jest już w tonie tych trzech dni, na kolanach i z zakończeniem w ciszy. Jej sposób zakończenia nieszporów jest niemniej dziwny.

Jak kończąca się późnym wieczorem msza była powodem, dla którego skrócono nieszpory, tak też w innym okresie kończąca się późną nocą msza spowodowała skrócenie wielkanocnej jutrzni, zmniejszając liczbę nokturnów z trzech do jednego i to przez całą oktawę. Dla o wiele słabszych powodów duszpastercy zasmakowali w tym zabiegu i go udoskonalili usuwając wielkanocną jutrznię; ale nie ośmielili się rozciągnąć tego na wszystkie dni oktawy. Jeśli chodzi o sobotę przed Zesłaniem Ducha Świętego, zmasakrowana została ona pod kątem chrztu, [natomiast] jego oktawa nadal cieszy się jednym nokturnem.

Jak już to widzieliśmy, duszpastercy przeprowadzają dalej złożenie do grobu złożonych ornatów razem ze złożeniem Chrystusa do grobu; z drugiej jednak strony z tą samą łatwością wybudzają ze zmarłych niektóre drobne ceremonie o wiele mniej starożytne i porzucone. Rozstrzygają ponadto pewną kwestię nigdy nie rozwiązaną. Bowiem celebrans błogosławił nowy ogień, aby mieć poświęcone światło, którym diakon zapalał paschał, którego panegiryk śpiewał. To zapalenie i śpiew były traktowane jako poświęcenie paschału, bez większej szkody. Obecnie brak najmniejszej wątpliwości w tym wszystkim, wszystko jest jasne jak ogień; celebrans poświęca świecę i ogień; diakonowi pozostaje tylko ją wnieść i śpiewać. Świecę przyniesioną nie wiadomo skąd, pod bacznym wzrokiem publiczności, nacina się i obdarza tabliczką, wraz z formułami wyjaśniającymi, i to jako dodatek do wciśnięcia pięciu gwoździków kadzidła w pięć otworów w świecy, które mają być pięcioma ranami Chrystusowymi. Oto, co nas odsyła do symboliki Wilhelma Durand (zob. przyp. 3 tutaj – przyp. PA), który miał swój czas popularności, a potem czas zapomnienia. Ziarnka kadzidła miały więcej szczęścia z powodu quiproquo między rzeczą zapaloną a żywicą kadzidła. Zresztą napisy zdegenerowały się w obszerną tabliczkę, którą zawieszało się na świecy lub jej postumencie, być może na podobieństwo tabliczki INRI na krzyżu, bowiem świeca miała symbolizować Chrystusa.

Tu paschał już zapalony i poświęcony, duszpastercy gaszą wszystkie lampy w kościele. Brewiarz już to zrobił na koniec wielkoczwartkowych laudesów; ale chodziło o lampy, lampy liturgiczne zgaszone aż do soboty. Prawdopodobnie chce się, choć się tego jasno nie mówi, zgasić wszystkie światła, zostawić kościół w ciemnościach, które zostaną rozproszone przez świece kleru i ludu, które nie wiadomo jak się pojawiły; podkreśla to paschał; ma to posmak wschodni, posmak procesji z Matki Bożej Gromnicznej wokół głównej świecy.

Jak wcześniej przenoszono światło, aby zapalić świecę stojącą na swoim miejscu, tak teraz przenosi się zapaloną świecę, aby ją umieścić na swoim miejscu. Jeden z orędowników wigilii paschalnej zachwycał się imponującymi rozmiarami masywnej świecy i nad majestatem świeczników wielkanocnych, podpór świecy; nie domyślał się, że jego naśladowcy wszystko sprowadzą do proporcyj wiejskiego kościółka. Gdy świeca i świecznik przyjęły monumentalne rozmiary i tej pierwszej nie dało się już nieść, zniknęła z procesji; trzeba było przynieść jej światło za pośrednictwem trzciny o trzech płomieniach. I tak się stało, że bohater procesji triumfalnej nie był w niej niesiony. Zauważmy, że nawet wtedy, z trzciną, światłość Chrystusowa nie była ogłaszana, Chrystus-światłość nie był adorowany.

Przechodząc przez ręce duszpasterców, ich uroczysta procesja niosąca świecę stała się negacją przemyślanych zasad, liturgicznym potworem. Ich kaprys, by w tak zwanej procesji diakon i celebrans szli bezpośrednio za subdiakonem i krzyżem, czyli na czele kleru, równa się stawianiu wozu przed koniem. Jeden z ich megafonów starał się wytłumaczyć to brakoróbstwo dwoma niezręcznościami. Pierwszą jest to, że gdyby kler szedł tak, jak trzeba, odwracałby się plecami do świecy niesionej z tyłu. Odpowiedź: w każdej procesji, gdzie niesie się relikwię lub Najświętszy Sakrament jest się odwróconym plecami, choć śpiewa się na jej lub Jego chwałę; nigdy nie robiono przeciwnie. Druga: gdyby się szło tak, jak trzeba, kler śpiewałby Lumen Christi odwrócony plecami do świecy. Odpowiedź: nic w tym złego; bowiem przyklęknięcia nie robi się przed świecą, która jest z tyłu, ale przed Chrystusem, który jest wszędzie. Trzeba odróżnić Chrystusa-światłość od światłości Chrystusa. Lumen Christi oznacza, że światłość Chrystusa jest w zapalonej świecy, a nie że Chrystus-światłość jest w niej.

Czytając duszpasterskie rubryki ma się podstawy wierzyć, że wszyscy, kler i lud, rzucają się na paschał, aby zapalić odeń swoją własną świeczkę; a również że każdy trzyma swą świeczkę zapaloną w trakcie śpiewu Exsultetu. Można sobie przypomnieć ze zdumieniem zakaz trzymania palemki podczas śpiewu Męki Pańskiej.

Odpowiednim miejscem, aby śpiewać Exsultet i umieścić paschał zawsze było tam, gdzie śpiewa się Ewangelię, czyli w miejscu zwyczajnym w prezbiterium, lub z ambony czy lektorium2, gdzie zazwyczaj znajdował się paschałowy świecznik. Umiejscowienie go na środku prezbiterium, na małej podpórce, jest czysto arbitralne; opiera się na fałszywych przelotnych interpretacjach; posyła na wakacje majestatyczne świeczniki wielkanocne.

Diakon, trzymający księgę, prosi o błogosławieństwo, następnie okadza księgę, jak przy ewangelii. Dlaczego tak? Jednym z powodów tego jest to, że Exsultet zawsze znajdował się w ewangeliarzu; drugim jest to, że diakon okadza księgę zawierającą pochwałę świecy, którą będzie śpiewał. Bezpośrednim celem nie jest okadzenie świecy, która ma mniejszą wartość niż ewangeliarz. Okadzając księgę diakon okadzał, per modum unius, świecę opartą o pulpit. Moda duszpasterska mogła się obyć bez nowego okadzenia, zwłaszcza dokonywanego plecami do świecy.

Duszpastercy spełniali święte czynności przed ołtarzem bez krzyża w piątek; ale w sobotę ołtarz i krzyż ołtarzowy nie wystarczają im już; pragną centrum, w stronę którego wszyscy się zwracają, którym będzie paschał rywalizujący z ołtarzem. Miejsce śpiewu ewangelii ma swoją symbolikę, która dawniej była przedmiotem wielu dyskusyj; tej symboliki kompletnie brak ich miejscu na paschał, pośrodku prezbiterium. Sposób, w jaki zwrócony jest pulpit i w związku z tym diakon śpiewający Exsultet, lektor śpiewający lekcje, z ołtarzem po jego prawicy, a nawą po jego lewicy, świadczy o uroku, jaki pozycja z profilu wywiera na duszpastercach.

Wedle duszpasterców celebrans ubiera się na cztery sposoby w piątek; ale w sobotę poskąpiono mu szaty; pozostawia się go w kapie zamiast ubrać go w ornat. Umyka im to, że proroctwa, traktusy i oracje stanowią część mszy i że, w starożytności, papież chrzcił w ornacie.

Baptysterium było budynkiem przylegającym do kościoła, na sposób przedsionka, terenu neutralnego, do którego wchodziło się poganinem, a z którego wychodziło się chrześcijaninem. Posiadając szczególny cel, nie było pomyślane, aby pomieścić całe zgromadzenie wiernych. Baptysterium zastąpiły chrzcielnice, często niewłaściwie umiejscowione i źle skonstruowane; ale czyja to wina? Niech władza się tym zajmie! Ich braki nie będą nigdy powodem, by je likwidować. Chrzcielnice, woda chrzcielna i chrzest stanowią całość; spektakularna innowacja, która je rozmyślnie rozdziela, która umieszcza w prezbiterium pseudo-chrzcielnice i w nich chrzci, która przynosi do chrzcielnic wodę chrzcielną gdzie indziej przygotowaną, która już służyła gdzie indziej, to zniewaga dla historii i dyscypliny, dla liturgii, dla zdrowego rozsądku. I tak udziela się chrztu w prezbiterium, enklawie kleru, poganinowi, który przybył ze swymi towarzyszami. I tak woda chrzcielna przypomina kogoś pompatycznie przyprowadzonego do swego własnego domu, skąd został wyrzucony. Dla celów wody chrzcielnej, której ilość ma starczyć na cały rok, zostały postawione okazałe baptysteria, artystyczne i majestatyczne chrzcielnice. Dziś duszpasterska moda przygotowuje wodę chrzcielną i chrzci w misce, pojemniku, a następnie w tym urządzeniu niesie wodę do fontanny, śpiewając kantyk spragnionej łani, która już się napoiła i która kieruje się w stronę suchej fontanny.

Litania, niegdyś powtarzana wielokrotnie, jest modlitwą błagalną za katechumenów, czy to przed, czy to po chrzcie; normalnie śpiewa się ją idąc do chrzcielnic i wracając odeń. Jako że moda duszpasterska wprowadza do prezbiterium podróbkę chrzcielnic, każe śpiewać pierwszą połowę litanii, następnie poświęcenie wody, wciąż pod opieką paschału, ale tym razem celebrans pokazuje swą twarz ludowi, już nie profil. Co za subtelność! Nie powrót, ale przeniesienie wody do jej domu wywołuje trudne pytanie: na kogo przypada rola chodzącego zbiornika, na diakona czy na akolitów i na ilu? Szlachetne zadanie, które zasługuje na wzbudzenie zazdrości, zwłaszcza w trakcie nieaktualnego śpiewu Sicut cervus. Zakładając, że kościół ma swoje baptysterium, duszpastercy mają jeszcze czelność dać wybór między jedyną metodą liturgiczną a ich smutnym wynalazkiem.

Odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych, wzięte z pierwszej komunii dzieci, jest aktem najbardziej masowej paraliturgii, tworem tym bardziej pastoralnym, im mniej liturgicznym, doskonałą okazją tak wyszukiwaną, aby wdrożyć język pospolity w liturgii; jest męczącym powtórzeniem tego, co dopiero zrobiono, jeśli udzielano chrztu; będzie mogło prowadzić do odnowienia przyrzeczeń małżeńskich wśród ludzi zebranych na ślub. Wreszcie powoduje próżnię między przeniesieniem wody i drugą częścią litanii; zatem strata czasu na rzecz powrotu w ciszy.

Paschał ostatecznie opuszcza swoją małą prowizoryczną podpórkę i ląduje na świeczniku po stronie ewangelii, dotychczas zapomnianym. Nigdy nie było przepisów dotyczących kwiatów na ołtarzu, teraz moda duszpasterska ich potrzebuje, aby być bardziej przyjemną.

X. kanonik Gromier

Przypisy tłumacza:

1) Przeciwko argumentom reformatorów, a w zgodzie z opinią x. Gromier wyraża się inny wybitny liturgista, x. Jan Brinktrine, którego zresztą x. Gromier osobiście znał: „Wielu współczesnych liturgistów uważa doksologię kanonu za koniec drugiej głównej części Mszy wiernych lub Ofiary Eucharystycznej. Według nich ‘Modlitwa Pańska’ stanowi początek trzeciej głównej części lub Komunii św., względnie przygotowania do niej (Thalhofer-Eisenhofer, Kramp itd.). Nie odmawiamy temu stanowisku wszelkich uprawnień, sądzimy jednak, że ‘Modlitwę Pańską’ oraz następne modlitwy i obrzędy aż do pocałunku pokoju włącznie należy raczej zaliczyć, jak uczyniliśmy poprzednio, do drugiej części Mszy wiernych. Przed wszystkim, jak widzieliśmy wyżej, Pater noster należy uważać nie tyle za przygotowanie do Komunii św., ile za modlitwę ofiarną (list papieża Grzegorza I do Jana, biskupa z Syrakuz)1; a papież Innocenty III określa nawet Pater noster jako część kanonu (por. §50, 1).2 Pater noster ma raczej tendencję regresywną niż progresywną. Jak widzieliśmy wyżej (por. §50, 1), jest ono równoległe do prefacji: prefacja rozpoczyna kanon, Pater noster go kończy. …” Przypis 1: „Także i dzisiaj w uroczystej wielkanocnej Mszy papieskiej opuszcza się Amen na końcu doksologii przed Pater noster. Zwyczaj ten, który liturgiści łączą z papieżem Grzegorzem I, wskazuje na ścisłą łączność Pater noster z poprzednimi modlitwami”. Przypis 2: „Ta granica nie zniknęła zupełnie nawet z nauki popularnej: katechizm Piusa X (Catechismo della dottrina cristiana, Grottaferrata 1921) upatruje np. w Pater noster i w obrzędzie łamania chleba koniec kanonu: Il Canone termina con la recita dell’orazione Domenicale e con la frazione della santa ostia (s. 86).” (Brinktrine, Msza święta, Pax, Warszawa 1957 – co jest zresztą doskonałą pozycją omawiającą Mszę świętą z punktu widzenia liturgiki dla inteligencji katolickiej).

2) Jest to ściana, usunięta w Kościele łacińskim w XVI wieku, oddzielająca prezbiterium od nawy głównej, a w związku z tym także samo miejsce u wylotu prezbiterium, gdzie taka ściana kiedyś była. Pamiątką po niej jest w rytach zachodnich łuk krzyżowy. W rytach wschodnich nadal występuje jako ikonostas.

Z języka francuskiego tłumaczył Pelagiusz z Asturii. Źródło: Liturgia. Liturgie & musique sacrée traditionelles (strona scholi św. Cecylii przy kościele św. Eugeniusza w Paryżu, pod duspasterską opieką xięży FSSP). Wiadomości biograficzne ze wstępu zaczerpnąłem ze strony ceremoniaire.net, do której odsyłam po więcej informacji dotyczących autora powyższego artykułu. Zdaję sobie sprawę, że przeciętny Czytelnik może nie mieć rozeznania ani w tradycyjnych obrzędach Wielkiego Tygodnia, ani w nowych, więc niektóre z powyższych uwag dotyczących różnic między nimi mogą być niezrozumiałe, zwłaszcza, ponadto, z uwagi na formę artykułu. Chciałem uniknąć ciągłych wtrętów wyjaśniających to czy owo, więc jeśli są jakieś pytania, można umieścić pod spodem komentarz, na który odpowiem. Pomocne też okażą się krótkie artykuliki x. Cekady, przetłumaczone przeze mnie, a które dotyczą zmian w poszczególne dni Wielkiego Tygodnia: Niedziela Palmowa, Ciemna Jutrznia, Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielka Sobota.

Reklamy

One comment on “Krytyka Nowego Wielkiego Tygodnia z 1960 roku

  1. Bóg nie dał x. Gromier dożyć ohydy spustoszenia w postaci Novus Ordo Missae. Jednakże inny rzymski liturgista dożył tej chwili, pomagał przy opracowywaniu Krótkiej analizy krytycznej Novus Ordo i sam też pisał przeciwko „mordercom liturgii”: https://pelagiusasturiensis.wordpress.com/2016/05/25/mordercy-liturgii/. Być może niedługo pojawi się kolejne polskie tłumaczenie innego artykułu x. Celady, gdy znajdę czas na ponowne przejrzenie tłumaczenia.

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s