Szymona Klucznika „kościół zaćmiony(ch)” – koniec, kropka

W komentarzach tu i ówdzie kilka razy zostałem już zapytany o P. Szymona Klucznika i jego pomysły dotyczące „papieża” na wygnaniu razem z całą hierarchią oraz w ogóle całą tę koncepcję „Kościoła zaćmionego”. Już nawet trzy razy odniosłem się do takiego czy innego zarzutu powyższej osoby na łamach niniejszego bloga. Po pierwsze, nie jestem pewien, czy w jakikolwiek sposób P. Klucznik odniósł się do wykazania przez powyższe teksty fałszywości kilku jego osobistych wymysłów, które przedstawia jako „wiarę katolicką” (choćby to, że obowiązek mandatu apostolskiego przy sakrze biskupiej stanowi przypadek „lex irritans” – co jest błędem w oczywisty sposób wynikającym z kompletnej ignorancji zainteresowanego). Po drugie jednak, nie śpieszno mi w tej sprawie, ale skoro dalej pojawiają się jakieś wątpliwości i nadal jestem o to pytany, pozwolę sobie po raz ostatni skomentować ten fenomen.

Najpierw celem moim będzie w miarę krótkie rozprawienie się z podstawowym błędem P. Klucznika i jego sekty, bez wchodzenia w nadmierne szczegóły, w następnej zaś kolejności poruszę ten czy inny konkretny błąd lub niespójność ich poglądów, ograniczając się do kilku. Pokażę również do czego prowadzi talmudyczne podejście P. Klucznika: w praktyce do niemożliwości, a w teorii do wewnętrznej sprzeczności.

Pogląd P. Klucznika na sytuację Kościoła dziś

Status quaestionis: w co wierzy P. Klucznik i czym się to różni od innych wierzeń?

P. Klucznik i jego „kościół zaćmiony(ch)” nie uznaje modernistycznego neokościoła Novus Ordo i jego hierarchów, więc o tym tu nie będzie mowy. Teoretycznie niejako nic nie wkazuje na to, by przyjmowali jakikolwiek błąd przeciwko wierze. Przynajmniej bezpośrednio.

Jego koncepcja dotyczy raczej sposobu istnienia Kościoła dziś, w dobie posoborowej apostazji, a dokładniej, jego widzialnej Głowy oraz hierarchii.

W USA, we Francji, może jeszcze gdzieś indziej, jest dosłownie kilku takich, którzy twierdzą, iż wskutek powszechnej apostazji posoborowego kleru nie ma nigdzie kapłanów, ani biskupów, a Kościół katolicki jest jakby złożony do grobu, na podobieństwo Boskiego Zbawiciela po ukrzyżowaniu. Na marginesie dodam tylko, że P. Klucznik powołując się na tych „ekspertów” mówi tu o wielu, jakby był „demokratą”, ale to jest tak samo pewne, jak istnienie jego „papieża” – wystarczy mieć jakiekolwiek znajomości za granicą, by wiedzieć, że tych ludzi jest garstka, więc już tu jest pierwsze zakłamanie P. Klucznika, aczkolwiek małej wagi, bowiem argument z liczb chyba nikogo tu nie przekonuje do niczego. Niemniej jednak ci samozwańczy świeccy „teologowie” i „kanoniści” twierdzą, że posługa duszpasterska i sakramentalna wszystkich tzw. tradycyjnych duchownych w czasach „złożenia Kościoła do grobu” jest nielegalna, jako nieposiadająca pozwolenia odpowiedniej władzy kościelnej (której przecież, podobno, nie ma).

Należy tu podkreślić z całą stanowczością, że błąd ów, wręcz niedorzeczność, wyznawana jest właśnie wyłącznie przez świeckich i nigdy żaden duchowny, w całej historii oporu przeciwko soborowiu, takiego pomysłu nie wymyślił ani nie przyjął za swój. Sytuacja jest bardzo podobna do błędu „feeneistów” (potępiających chrzest pragnienia oraz krwi jako herezje): nieliczna garstka księży i dużo więcej wiernych przyjmuje ten błąd. Taki zatem „świecki” błąd, przyjmowany praktycznie tylko przez świeckich (w przypadku „home-alonersów”  wyłącznie), wynika po prostu z ignorancji prawdziwego nauczania Kościoła. Jest to typowa przypadłość różnej maści aparycjonistów bez gruntownej wiedzy teologicznej, do których należy również P. Klucznik, a o czym będzie jeszcze mowa.

Do tych zaś rewelacyj ludzi samych w domu (bez żadnych duchownych gdziekolwiek) o „Kościele w grobie”, Pan Klucznik dodał od siebie, że gdzieś są razem z „papieżem” i kardynałowie i cała hierarchia kościelna, ale nie wiadomo, gdzie (odpowiedź na pytanie nr 7). W ten sposób miałby on odkryć ów „Kościół złożony do grobu”, jak Kolumb Amerykę. „Odkryć”, ale jednocześnie jako „ukryty” przed światem. Już tu przypomina to bardziej ezoteryczną sektę niż Kościół działający otwarcie dla zbawienia dusz.

To ma być według niego „jedyny i pewny katolicki wniosek teologiczny” i tak się ma „różnica gatunkowa” P. Klucznika w odróżnieniu od modernistów, lefebroindultowców i sedewakantystów.

Błędność tego poglądu pokrótce

Istnieją zatem dwa sposoby podejścia do kwestii P. Klucznika i jego pomysłów. Po pierwsze, od strony zarzutów wobec sakramentów i święceń udzielanych przez tradycjonalistów jako „nielegalnych”, które zaczęrpnął od innych świeckich „kanonistów” rozproszonych tu i ówdzie w Internecie, i to niezależnie od istnienia jego „hierarchii na wyganiu”. A po drugie, od strony kluczowego wniosku argumentu klucznikowego, w którym o ile wiem, jest oryginalny („papież musi gdzieś być, nawet jeśli tego nikt nie wie”).

Pokrótce postaram się poruszyć tę kwestię od tych dwóch stron, a jeśli cierpliwości starczy, zajmę się i poważniejszymi, choć niektórymi, zawiłościami „teologii” klucznikowej bardziej w szczególe. W ten sposób kto chce, będzie mógł zakończyć lekturę bez wnikania w zawiłości przewrotnych rozumowań kolejnego świeckiego „kanonisty” i zadowolić się częścią pierwszą niniejszego artykułu.

Od samego początku modernistycznych reform narzucanych odgórnie powstał wśród katolickich duchownych i świeckich ruch oporu. Swymi początkami sięga on jeszcze pierwszej połowy lat sześćdziesiątych. Trudno się dziwić, skoro katolik ma wyznawać swą wiarę nie tylko słowem, ale i czynem, a duchowni na to zostali wyświęceni, aby głosić wiarę opportune importune i udzielać sakramentów. Jak wyjaśnia x. Antoni Cekada w tekście „Tradycyjni kapłani, prawowite sakramenty”, jest to podstawowy munus każdego wyświęconego kapłana. Duchowni, przede wszystkim kapłani, ale też i nieliczni biskupi, w obliczu powszechnej apostazji od samego szczytu hierarchii, nawet jeśli nie do końca doszli do pełnego teologicznego zrozumienia sytuacji (tzw. „problem autorytetu” narzucającego szkodliwe reformy „papieży”), działali bez zwłoki dla ratowania dusz. Paląca sytuacja tego absolutnie wymagała. W pewien sposób, i tu znowu rację ma x. Cekada („Tradycjonaliści, nieomylność a papież”), wszyscy tradycjonaliści są sedewakantystami, stawiając opór nieprawowitej władzy modernistycznych uzurpatorów, nawet jeśli fałszywie ją pojmują jako prawowitą.

W pewnym momencie, nie wiadomo w zasadzie kiedy, powstali również świeccy odrzucający posługę sakramentalną wszelkich duchownych tradycyjnych (dla argumentu nie ma tu znaczenia jakiej obediencji, czy uznającej „autorytet” heretyków – lefebroindultowców, czy nie – sedewakantystów). Opierając się zwłaszcza na objawieniach z La Salette („Kościół będzie zaćmiony”, etc.) doszli do przekonania, że nastały czasy, gdy prawdziwy Kościół jest nieznany światu, ukryty, trwa już tylko w świeckich, a wszelka posługa sakramentalna niezgodna z przepisami prawa kanonicznego i zarządzeniami dyscyplinarnymi Stolicy Apostolskiej jest nielegalna, nieprawowita, więc schizmatycka i prowadząca do potępienia. Jest to typowy aparycjonizm, stawiający jako nadrzędną regułę wiary objawienia (przede wszystkim, ale nie ograniczając się do tych z La Salette) nad podstawowymi zasadami teologii katolickiej, niepojętymi przez świeckich „teologów”.

W Europie, wedle mojej wiedzy, takich ludzi jest mniej niż palców na dwóch rękach (choć może reszta się po prostu nie ujawnia, podobnie jak klucznikowy „papież”), więc tu nikt specjalnie nie pisał na ich temat ani nie obalał ich wiejskiej „teologii”. Osób tego rodzaju jest natomiast więcej w USA, więc x. Antoni Cekada napisał na ten temat kilka artykułów:

„Prawo kanoniczne i zdrowy rozsądek” (1993 r.)

„Samemu w domu” (1993 r.) (o ile wiem, nie ma polskiego tłumaczenia)

„Tradycyjni kapłani, prawowite sakramenty” (2003 r.)

I nie będę do tego niczego dodawał, ani niczego rozwijał, przynajmniej na tym miejscu. Kto ma taką potrzebę, może ją zaspokoić lekturą wymienionych artykułów.

To, natomiast, co stanowi novum w stanowisku P. Klucznika jest jego przekonanie, że jakiś konkretny Papież gdzieś musi być, nawet jeśli nie wiadomo, gdzie. W mniemaniu tego Pana stanowi to, podkreślam raz jeszcze, „jedyny i pewny katolicki wniosek teologiczny”. Wobec tego w następnej kolejności postaram się przejść, krok po kroku, tok rozumowania P. Klucznika i wykazać, ile jest on wart.

Podstawowy argument stoi się na przesłance, że urząd papieski musi być piastowany nieprzerwanie tu na ziemi. Dla oparcia tej tezy przytacza tu znany cytat z konstytucji Pastor Aeternus Soboru Watykańskiego (I):

„To zaś, co książę pasterzy i wielki pasterz owiec, Jezus Chrystus Pan, ustanowił w osobie św. Piotra dla zbawienia wiecznego i trwałego dobra Kościoła, musi ustawicznie trwać w Kościele, który z Jego woli założony na skale nieprzerwanie będzie stał mocno aż do końca wieków”. (odp. na pytanie nr 6 ze strony P. Klucznika)

W tym ustępie chodzi przede wszystkim o hierarchiczny ustrój Kościoła (przeciwko błędowi „demokratyzmu” sił rewolucyjnych i liberalizmu szerzącego się wówczas jak zaraza), nie zaś o bezustanne piastowanie urzędu papieskiego przez następujące po sobie bez przerwy konkretny osoby, co przecież jest niemożliwe. Papieże umierali i okresy wakatu trwały dłużej lub krócej przed kolejnym wyborem. Nie ma żadnego warunku, ani w ustawach Kościoła, ani w tradycji, ani w teologii co do długości tego okresu. Więc tu już pierwszy błąd wynikający z ignorancji spraw podstawowych. Cytat na poparcie tej tezy jest bowiem chybiony, nie jest ad rem. Sedewakantyści rozumieją ten ustęp zgodnie z jego właściwym znaczeniem i dla nich nie wynika z tego konieczność istnienia „papieża ukrytego przed światem”.

Dalej, nie jest też konieczne, by urząd papieski sprawowany był w akcie dla ciągłości istnienia Kościoła. Wystarczy, że jest on choćby w możności między śmiercią lub abdykacją jednego, a wyborem kolejnego. Wynika to choćby z przytoczonego przez P. Klucznika cytatu z kard. Journet, ten akurat ad rem:

„Kiedy Papież umiera Kościół jest osierocony i w odniesieniu do widzialnej powszechnej jurysdykcji jest on naprawdę pozbawiony głowy. Jednakże nie jest bezgłowy na podobieństwo schizmatyckich kościołów, bądź ciała znajdującego się w stanie rozkładu. Chrystus kieruje nim z nieba… Jednakże, chociaż tętno życia spowolniało, to nie opuścił On Kościoła; Kościół posiada moc papiestwa w możności (in potentia), w tym znaczeniu, że Chrystus, który chciał by Kościół zawsze zależał od widzialnego pasterza, dał Kościołowi moc do wyznaczenia człowieka, któremu On Sam powierzy klucze Królestwa niebieskiego, jak niegdyś przekazał je Piotrowi.” (ibid.)

Co do tego nie ma żadnej wątpliwości. Ale tu również dalej chodzi o monarchiczny ustrój Kościoła i konieczność trwania tego ustroju w stanie nienaruszonym aż do skończenia czasów. W dalszej jednak kolejności P. Klucznik dopuszcza się nieuprawnionej tezy, której nawet nie udowadnia. Jest to istotne, ponieważ teza ta jest kolejną przesłanką całego fałszywego argumentu P.Klucznika. Pisze on:

„Zatem niezbędnym warunkiem ustawicznego trwania prymatu jurysdykcji w Kościele, jak o tym naucza Sobór Watykański, jest możność Kościoła dokonania po śmierci papieża wyboru następcy zgodnie z obowiązującym w danym czasie prawem.” (ibid.)

Wniosek ten jest nieuprawniony i na niczym nie oparty.

Dla prawowitego wyboru Papieża należy zachować obowiązujące prawo, które ustalił lub zatwierdził wcześniej panujący Papież. Concedo sed distinguo. Nie jest to bowiem zasada absolutna. Jest to „niezbędne” o tyle, o ile możliwe. Dlatego też znakomici teologowie różnych epok, jak choćby „klasycy” tematu: Kajetan, Franciszek de Vitoria, św. Robert Bellarmin, Jan od św. Tomasza, Opat Grea, kardynałowie Billot i Journet, dyskutowali nad kwestią wyboru Papieża w razie faktycznej niemożności dokonania tego wyboru zgodnie z panującymi procedurami, czyli gdyby na przykład wszyscy kardynałowie zginęli. Obecność tej dyskusji wśród naprawdę najwybitniejszych teologów Kościoła jest faktem, a sam ten fakt przeczy wnioskowi P. Klucznika (contra factum non est argumentum), ponieważ dopuszcza zaistnienie sytuacji nieprzewidzianej przez przepisy. Gdyby taka możliwość była wykluczona, ci wybitni teologowie nigdy nie otrzymaliby aprobaty Kościoła dla swoich prac teologicznych (którą, notabene, nie pochwalił się jeszcze nasz domorosły „kanonista”, choć „papieża” gdzieś ma). To też jest faktem, który obala nieuprawniony wniosek stanowiący dalszą przesłankę teorii P. Klucznika.

Konkretnie zaś na temat wyboru Papieża w razie niemożności zachowania normalnych zasad istnieje kilka opinij teologicznych. Wśród nich jest ta, która głosi, iż (niedoskonały) sobór powszechny mógłby dokonać takiej elekcji. P. Klucznik przedstawia tę opinię jako fałszywą, przytaczając kard. Billot, ale nie wiadomo dlaczego mielibyśmy na podstawie autorytetu samego P. Klucznika uznawać wyższość opinii x. Grabowskiego nad opinią kard. Billot. A przede wszystkim: nie ma konieczności wchodzić w dialektyczny problem klucznikowy, bowiem te dwie przytoczone opinie wcale nawet nie muszą być ze sobą sprzeczne. Jest to kolejnym elementarnym błędem w rozumowaniu P. Klucznika (dowodzącym jego niezdolności intelektualnej). X. Grabowski mówi o zaprowadzeniu wyboru zgodnie z panującymi przepisami, natomiast kard. Billot (i wielu innych wybitniejszych od x. Grabowskiego teologów) o zaprowadzeniu tego wyboru, gdy owe panujące przepisy (które są tylko prawami ludzkimi kościelnymi, nie zaś bożymi i stąd niezmiennymi, nie trzeba chyba tego wyjaśniać!) nie są możliwe do wykonania.

Jedno z drugim się nie kłóci i to jest oczywiste w świetle podstwowych praw rozumu ludzkiego. Teologowie w podręcznikach do prawa kanonicznego, jak x. Grabowski, pisali o zachowywaniu obowiązującego prawa i jego interpretacji, natomiast w traktatach bardziej specjalistycznych teologowie rozważali różne problemy teologiczne wymykające się czasami sytuacjom szablonowym przewidzianym przez prawo. Są to dwie inne płaszczyzny, które P. Klucznik pomieszał, jak na typowego „kanonistę-samouka”, zachłyśniętego jasnością i precyzją prawa talmudystę przystało. Podobnie bowiem jak nie ma ustalonych przepisów prawa kanonicznego, które obowiązują w przypadku popadnięcia przez osobą piastującą urząd papieski w herezję lub chorobę umysłową (cf. Cekada), podobnie nie ma „przepisów” dotyczących sytuacji braku kardynałów przed możliwym wyborem następcy na tronie piotrowym. Przepisy dotyczące wyboru papieża należą do praw kościelnych, ale ludzkich, więc mogą ulegać zmianie. Ponadto, jako że są „tylko” ludzkie, prawodawca je zatwierdzający był „tylko człowiekiem” (nie Bogiem) i mógł nie przewidzieć wszystkich możliwych przypadków (jak na przykład przytoczona tragiczna śmierć wszystkich „przepisowych” elektorów).

Tak na marginesie tylko dodam, że klucznikowy podział na sukcesję apostolską i prymat jurysdykcji jest w tym miejscu mnożeniem bytów bez powodu i nadaje się pod brzytwę Ockhama. Gdy jest mowa o przyjętym przez elekta prawowitym wyborze na Stolicę Apostolską (w Rzymie), chodzi jednocześnie o prawowitą sukcesję na tejże stolicy a stąd i prymat Primae Sedis. Stwierdzenie:

„O ile w przypadku przekazania prymatu jurysdykcji nowemu papieżowi taka opinia [a mianowicie kard. Billot] jest zasadna, o tyle w przypadku zachowania ciągłości sukcesji apostolskiej opinia taka jest błędna.” (ibid.)

jest więc pozbawione sensu i jest kolejnym dowodem ignorancji w temacie P. Klucznika. Przy ważnym wyborze Najwyższy Pasterz Kościoła zachowuje sukcesję apostolską i otrzymuje prymat jurysdykcji. Przy nieważnym wyborze lub braku elekcji nie ma obu. Nie będę zaś tu omawiał tezy z Cassiciacum, która przyjmuje podział sukcesji na materialną i formalną, ponieważ obawiam się, że P. Klucznik, przy swojej wiedzy i zdolnościach, i tak tego nie (z)rozumie.

Kończąc ten pierwszorzędny punkt, dedukcja P. Klucznika wisi w powietrzu i nie ma swego uzasadnienia. Skoro przesłanka ta podstawowa („absolutna konieczność zachowania przepisów kościelnych dla prawowitego wyboru Papieża”) jest fałszywa, zgodnie z prawami logiki wniosek („Papież gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie”) nie jest konieczny (może nadal być prawdziwy, ale w oparciu o inne przesłanki, których nie ma). Teoria P. Klucznika nie jest wobec tego „jedynym i pewnym katolickim wnioskiem teologicznym”, bowiem opiera się na fałszywej przesłance. Jest tylko bajką ignoranta dla świeckich sekciarzy.

Z drugiej strony, co ciekawe, przytaczany przez samego P. Klucznika Karol kard. Journet dostarcza nam jednocześnie argumentu przeciwko ukrytemu „papieżowi” tej wręcz niedorzecznej teorii. Sam zdrowy rozsądek podpowiada, że Papież jest po to, aby był widzialny, rozpoznawalny, znany przez swych podwładnych, aby mógł uświęcać, nauczać, rządzić. Dlatego też tak ważne jest, by ów wybór był prawowity. Kościół ma prawo wybrać Papieża i stąd wynika również jego prawo, by nie mieć wątpliwości, kim on jest. Znana powszechnie maksyma papa dubius, papa nullus („papież wątpliwy, żaden papież”) właśnie tego się tyczy. Gdy następuje wybór Papieża konieczną jest jego „rozpoznawalność” przez cały Kościół. Jak pisze wspomniany kard. Journet:

„Kościół posiada prawo wyboru papieża, a zatem prawo poznania z pewnością wybranego. Jak długo trwa wątpliwość co do elekcji i ciche przyzwolenie Kościoła powszechnego nie zaradzi możliwym wadom elekcji, nie ma papieża, papa dubius, papa nullus.” (L’Eglise du Verbe incarné [Kościół Słowa wcielonego], Ed. Saint Augustin, Saint-Just-la-Pendue 1998, excursus VIII: L’élection du pape, s. 978, in : „Sodalitium”, wyd. fr., nr 55, s. 70, przyp. 73)

Mniejsza o to, że „ciche przyzwolenie Kościoła powszechnego” pozostaje opinią teologiczną, jednak prawo Kościoła do poznania swego Papieża z pewnością już nie. Jest to jednak odrębny temat teologiczny, więc odsyłam zdolnych (nie: ciekawych) do specjalistycznych podręczników po łacinie.

Koniec końców, to, że istnienie „Papieża” jest pewne w głowie P. Klucznika jeszcze nie czyni tego pewnym w rzeczywistości, tym bardziej, że rozumowanie jego opiera się na fałszywej przesłance (za którą stoi talmudyczny umysł, o czym będzie mowa niżej). I tu leży inny problem P. Klucznika, poznawczy: przejście od możności, w tym przypadku czystego postulatu, do rzeczywistości. Stara się on wydedukować konkretnego ukrytego przed światem „papieża” z rozumowania, podczas gdy prawowitość konkretnego Papieża opiera się na fakcie („indukcyjnie”), konkretnym wydarzeniu, jakim jest elekcja. Wybór bowiem tego lub innego papieża musi być najpierw dziedziną rzeczywistości (ta konkretna osoba, wybrana przez Kościół i przezeń poznawalna), co do której w następnej kolejności mogą zaistnieć ewentualne wątpliwości prowadzące nawet do uznania nieprawowitości pozornego elekta. Zasady teologiczne przychodzą z pomocą post factum i tylko w razie wątpliwości, a nie odwrotnie. Tak, jak przy ważności sakramentów, przy zachowaniu zewnętrznej formy zawsze domniemana jest ważność.

I tyle, pokrótce. Jeśli cierpliwości nie brak, zapraszam do dalszej lektury.

A teraz o tym i owym w szczególe

Choć powyższy wywód jest wystarczający, by wykazać fałszywość nowatorskiego stanowiska P. Klucznika, a stąd odbiera rację bytu jego sekcie, postaram się w dalszej kolejności odeprzeć kilka innych zarzutów i błędów tegoż samozwańczego „teologa”. De singulis pauca.

I. Teologia i prawo kanoniczne jako takie

„Pius X powiedział: obecne czasy są okresem anarchii duchowej, okresem, w którym każdy uważa się za nauczyciela i prawodawcę. W murzyńskiej osadzie na południu Stanów Zjednoczonych zdarza się często, że jakiś bosy murzyn rozpoczyna kazanie tymi słowy: ‘I have got a call!’ „Zostałem powołany!”. Ten rodzaj świeckiego kapłaństwa, w którem każdy o najzawilszych kwestiach życia wygłasza własne teorie, stał się zwyczajem nie tylko murzyńskich dzielnic w Ameryce, ale i w szkołach wyższych, seminariach nauczycielskich, po restauracjach, redakcjach, ratuszach i wiecach ludowych. Wszyscy mówią o wszystkim.” (x. Mader, Jestem katolikiem!, wyd. Te Deum, Warszawa, 2000, s. 78)

Tym bardziej jest to prawdziwe, gdy mowa o świętej teologii i jej różnych działach. Jak każda nauka, teologii się „nie czyta”, jej się uczy i się ją uprawia. Wymaga nie lada przygotowań, sprawności i wyćwiczenia umysłu, wyrobienia cnót intelektualnych. Jest wyjątkowo trudna do opanowania bez mistrza (nauczyciela). Rządzi się własnymi zasadami (przede wszystkim autorytetu: Kościoła, Ojców, teologów, co wymaga ogromnej wiedzy, której nie zdobywa się czytając Apologetykę podręczną). Zwłaszcza, gdy mówimy o prawie kanonicznym, które jest działem tej świętej nauki szczególnie wymagającym wyrobienia praktycznego, nie tylko znajomości teoretycznych. Widzimy to na przykładzie francuskiego kanonisty x. Marii Dominika Bouix, o którym to pisze encyklopedia katolicka:

„Jeśli chodzi o jego reputację jako kanonista, choć wszyscy muszą uznać jego wspaniałą produktywność oraz jego szlachetny cel i choć słusznie został nazwany odnowicielem nauki prawa kanonicznego we Francji, trzeba niemniej jednak powiedzieć, że nie dostaje mu do bycia wielkim kanonistą; zbyt często jest raczej kompilatorem, niż prawdziwym autorem oraz zbyt często zdradza brak tego zmysłu prawniczego, który wywodzi się bardziej z praktyki, niż z teorii i który zradza zdolność do słusznego orzekania o zgodności z prawem lub niezgodności istniejących praktyk. Jednakże, wartość jego prac nie może być podważana, a dowodem tego jest powszechna przychylność, którą nadal się cieszą”.

Za: The Catholic Encyclopedia, s.v. Marie Dominique Bouix, 1907 rok, tłumaczenie własne

Co można powiedzieć o wartości prac x. Bouix, tego z pewnością nie można powiedzieć o internetowych wywodach P. Klucznika, co wynika z pierwszej części tego artykułu i co się jeszcze okaże nie raz. Niemniej jednak ani teologia ogólnie, ani prawo kanoniczne szczególnie nie nadaje się na przedmiot pierwszego lepszego „murzyna z powołaniem”. Niestety zbyt powszechne jest to zjawisko w dzisiejszych czasach, stąd tak ważna jest prawidłowa formacja intelektualna.

II. P. Klucznik i „sprawa epikei”

Rażącym przykładem wartości teologicznych wywodów P. Klucznika jest jego traktowanie cnoty nadprawności, zwanej także epikeią. Cnota ta jest, jak pisze x. Cekada:

„definiowana w sposób następujący: ‘Łagodne zastosowanie prawa zgodnie z tym, co jest dobre i słuszne, co przesądza o tym, że prawodawca nie ma intencji, by z powodu wyjątkowych okoliczności jakiś szczególny przypadek był zawarty w jego ogólnym prawie’. Inni, jak dominikański kanonista i moralista Prümmer, dodają, że nadprawność jest interpretacją zamysłu prawodawcy, ‘co do którego zakłada się, że nie pragnie zobowiązywać podporządkowanych mu w nadzwyczajnych przypadkach, w których zachowywanie jego prawa spowodowałoby szkodę albo narzuciło zbyt surowe brzemię’.” (za: x. Cekada, „Prawo kanoniczne i zdrowy rozsądek”)

Traktuje o niej również całe zagadnienie 120. II-II Sumy teologicznej św. Tomasza z Akwinu, do którego odsyłam zainteresowanego czytelnika.

Tej samej rzeczywistości, bez nazywania rzeczy po imieniu (epikeia, nadprawność), dotyczy również jedna z zasad (nr 88) Papieża Bonifacego VIII służąca interpretacji prawa. Brzmi ona następująco: „Certum est quod is committit in legem qui legem verbum complectens contra legis nititur voluntatem”, czyli: „Pewnym jest, iż ten, który przyjmuje literę prawa przeciwko jego duchowi grzeszy przeciwko woli (tzn. zamiarowi/celowi) tego prawa” (tłum. własne za: O. Anaklet Reiffenstuel OFM, Juris Canonici Universi Tomus Sextus: Tractatus de Regulis Juris).

I tym właśnie jest epikeia: niezastosowaniem się do litery prawa, w wyjątkowej sytuacji, kiedy niemożliwe jest odniesienie się do właściwego prawodawcy, a to wszystko aby zachować ducha tego prawa, czyli ogólną intencję (nieosiągalnego w danej sytuacji) prawodawcy.

Duchem zaś wszystkich praw Kościoła jest zasada, iż zbawienie dusz jest najważniejsze, jest ona najwyższym prawem (salus animarum suprema lex). Zasadą tą kieruje się zawsze Kościół w ustanawianiu swych praw pozytywnych, ale jest ona również podstawą stosowania epikei, gdy taka konieczność zachodzi.

P. Klucznik wykazał się tu już raz kompletną ignorancją, gdy twierdził, że epikeia nie stosuje się do konsekracji biskupiej, ponieważ wchodzi tu w grę prawo irritans (ciekawe, swoją drogą, czy nasz domorosły teolog i kanonista jest w stanie odmienić ten przymiotnik przez przypadki). Prawo irritans to nic innego, jak prawo określające warunki zachowania ważności danej czynności (np. sakramentu), pomijając jej godziwość i inne aspekty przypadłościowe. Dotyczy ono samej istoty rzeczy. P. Klucznik natomiast twierdził, że brak mandatu papieskiego (np. przy sakrach dokonywanych przez abpa Lefebvre’a czy bpa Thuca) nie pozwala na stosowanie epikei z tego właśnie powodu. Istotę tego argumentu potraktowałem już dawno temu w artykule pt. „Największy dowód przeciwko sedewakantyzmowi ‘Kościoła teoretycznego’” i nie muszę tego tutaj szeroko rozwijać. Podkreślam, że miał to być, w mniemaniu P. Klucznika, „największy dowód na Operację Trust pod nazwą: sedewakantyzm” (ibid.). „I have got a call!”, grzmiał nasz polski „bosy murzyn z powołaniem”. Niestety, zawiódł nas wszystkich…

Dodam, iż podobno również „teologowie” Bractwa Św. Piotra uważali mandat papieski za będący de iure divino (broszurka x. Recktenwalda z okazji sakry dokonanej przez abpa Lefebvre’a – źródło). W oczywisty sposób jest to pomieszaniem rzeczy. Pełnia jurysdykcji, czyli powszechna jurysdykcja Papieża nad całym Kościołem jest, to prawda, de iure divino i wraz z przyjęciem wyboru jemu tylko przysługuje. Teologicznie pewnym jest również to, że wszelka jurysdykcja w Kościele pochodzi od Boga za pośrednictwem Papieża. Sama zaś forma przekazywania tejże nie jest wcale de iure divino, przeto ulegała ona zmianie w trakcie historii Kościoła. Jeśli mandat apostolski, w swej formie dwudziestowiecznej jest z prawa Bożego, to samozwańczy „teologowie” zaćmieni powinni byli wskazać na choćby jedno źródło tego twierdzenia. Na próżno jednak by szukali.

Wykazałem też, że nadprawność można, w wyjątkowych sytuacjach (nieprzewidzianych przez literę prawa przy braku możliwości odniesienia się do właściwego prawodawcy), stosować do prawa kanonicznego w artykule „O epikei raz nie ostatni”. Była to odpowiedź na niedorzeczności zawarte w artykule P. Klucznika pod tytułem „Epikeia po raz ostatni”, ale ten ostatni został jednak usunięty – rzecz ciekawa – czyżby kolejna pomyłka, nie po raz ostatni, „bosego murzyna z powołaniem”? Prawdą jest, że epikei nie można stosować do prawa Bożego naturalnego, prawa Bożego pozytywnego czy też prawa ludzkiego irritantis (unieważniającego). Konieczność mandatu papieskiego przy sakrze biskupiej nie należy jednak do żadnej z tych grup, o czym świadczy zmienność form przekazywania jurysdykcji na przestrzeni wieków i dlatego, nie tylko w takim przypadku, stosowanie epikei nie jest wykluczone z zasady.

Ogólną uwagę można i tu poczynić: skoro wymienieni przez x. Cekadę teologowie i kanoniści w ogóle traktowali o cnocie epikei, a książki ich uzyskały kościelne imprimatur (którym nie cieszą się wywody P. Klucznika), wynika stąd oczywisty fakt, iż stosowanie tej cnoty do prawa kościelnego nie jest zakazane (bo do czegoż innego miałoby się ją stosować?).

III. P. Klucznika talmudyczne przywiązanie do litery prawa

To całkowicie fałszywe pojmowanie epikei opiera się na P. Klucznika talmudycznym przywiązaniu do litery prawa. Dowodzi tego, na przykład, następujące zdanie:

„Orzeczenia, regulacje, przepisy dyscyplinarne Kościoła obowiązują nas w takim samym stopniu, co Prawo Boże. Taka od zawsze była nauka Kościoła Świetego.” („Epikeia – czyli główny błąd lefebrystów i sedewakantystów”)

Dla zachowania zdrowej doktryny należy tu jednak zwrócić uwagę na kilka rozróżnień, bowiem nieumiejętność dokonywania ich cechuje umysły proste, skażone nominalizmem i prowadzi często do błędu. Po pierwsze, różne są stopnie przylgnięcia do orzeczeń, regulacyj, przepisów i zaleceń Stolicy Apostolskiej, na co wskazuje x. kan. Smith w swoim artykule „Czy muszę w to wierzyć?”. Ponadto, obowiązują one katolików, to prawda, ale należy w nich odróżnić aspekt doktrynalny od czysto prawnego, prawo zaś boskie od prawa ludzkiego (kanonicznego). Nawet jeśli w normalnej sytuacji orzeczenia Stolicy Apostolskiej obowiązują katolików, ustawy kościelne należą z reguły do kategorii praw ludzkich, przez co mogą ulegać zmianie i przestać obowiązywać w pewnych przypadkach (tu właśnie może wejść w grę epikeia). Chodzi o to, że prawa kościelne, orzeczenia, przepisy, etc., obdarzone są cechą nieomylności, ale negatywnej, nie pozytywnej, jak prawdy wiary uroczyście ogłoszone. To znaczy: nie mogą mieć w sobie niczego wbrew wierze czy dobrym obyczajom, ale mogą po prostu przestać obowiązywać lub nawet stać się szkodliwymi z racji zmienionych okoliczności. Sam tak lubiany przez P. Klucznika x. dr Maciej Sieniatycki, jako dobry teolog (którego nie rozumie nasz „murzyn z powołaniem” teologa), klarownie wyjaśnia:

c) Kościół jest nieomylny w ocenie wydanych przez siebie powszechnych praw dyscyplinarnych.

Rozchodzi się tutaj o prawa kościelne, dotyczące normowania kultu i życia chrześcijańskiego, wydane dla całego Kościoła. Ocena wydanego przez Kościół tego rodzaju prawa opiera się na dwojakim implicite, sądzie: 1) prawo to jest zgodne z nauką wiary i obyczajów i nic wiernym nie nakłada, co by się wierze i dobrym obyczajom sprzeciwiało (iudicium doctrinale, sąd zgodności z nauką chrześcijańską) i 2) prawo to, zważywszy wszystkie okoliczności, w których jest wydane, jest najlepsze (iudicium prudentiale, sąd zgodności z roztropnością). Nie twierdzimy, że Kościół jest nieomylny w sądzie, czy prawo wydane było najlepsze i najodpowiedniejsze w danym czasie, gdyż nigdzie nie został obiecany pasterzom Kościoła najwyższy stopień roztropności w kierowaniu sprawami kościelnymi, lecz twierdzimy, że Kościół jest nieomylny w sądzie zgodności prawa z nauką chrześcijańską, tak, że nigdy nie może wydać prawa uniwersalnego, przeciwnego wierze i obyczajom lub wychodzącego z natury swej na szkodę dusz wiernych.

(Apologetyka czyli dogmatyka fundamentalna, Część druga. O Kościele katolickim, rozdział pierwszy. Ustanowienie i istota kościoła katolickiego, I. Władza kościoła, B. Nieomylny urząd nauczycielski kościoła)

Pierwszy punkt x. Sieniatyckiego, ów aspekt doktrynalny uniwersalnych praw dyscyplinarnych, dotyczy właściwej nieomylności negatywnej (szerzej rozwija temat x. Murro, którego artykuł pt. „Nieomylność Kościoła” gorąco polecam), lecz nie to jest przedmiotem omawianej tu kontrowersji.

Ów drugi aspekt jest ściśle związany właśnie z cnotą roztropności (iudicium prudentiale), której pochodną jest epikeia. Powtórzmy za x. Sieniatyckim: „zważywszy wszystkie okoliczności, w których jest wydane, jest najlepsze”. Gdy zatem okoliczności się zmienią, może dane prawo okazać się niemożliwym do wypełnienia lub nawet szkodliwym. I nie ma to wpływu na sąd doktrynalny (zgodności z nauką chrześcijańską) dotyczący danego przepisu.

Chodzi po prostu o to, pozwolę sobie przypomnieć raz jeszcze tę oczywistość, że całe prawo Kościoła ukierunkowane jest na cel właściwy tejże społeczności doskonałej, jakim jest zbawienie dusz. Przytoczona już maksyma głosi: Salus animarum suprema lex. To jest nadrzędna intencja wszystkich ustaw kościelnych i przepisów. W obecnej sytuacji, gdzie okoliczności drastycznie uległy zmianie („uderzę pasterza a rozproszą się owce”) talmudyczne trzymanie się niektórych przepisów byłoby na szkodę dla dusz, więc należy, gdzie to konieczne, stosować się do cnoty epikei w łagodnej interpretacji lub pominięciu litery prawa. Samo zaś stosowanie epikei leży w gestii roztropnych, do których żaden talmudysta, nawet „z powołaniem” teologa, się nie zalicza.

IV. Talmudyzm Klucznika kolejnym „największym dowodem” przeciwko samemu Klucznikowi

Ten talmudyzm P. Klucznika z łatwością można obrócić przeciwko niemu samemu. Powstać może w ten sposób „największy dowód” przeciwko jego teorii:

Jeśli bowiem P. Klucznik ochrzczony został w sekcie heretyckiej Novus Ordo,

Jeśli dalej bierzmowany został przez heretyckiego i schizmatyckiego biskupa sedewakantystycznego,

Jeśli wreszcie żaden duchowny z jurysdykcją kościelną nie przyjął z jego rąk abiuracji, czyli wyrzeczenia się jego błędów (kanon 2314 §2!!! X. Grabowski omawia to w tomie III),

P. Klucznik nie jest katolikiem i za takiego uważać się nie może.

Nie trzeba tego ściśle logicznego wywodu rozwijać. Numer kanonu dla miłośników kanonów i przeciwników heretyckiego stosowania epikei jest podany.

Wynika z tego jednak, że jego strona internetowa nie może podawać się za „katolicką”, a on sam musi czym prędzej pojednać się z Kościołem za pośrednictwem duchownego z jurysdykcją, przed którym mógłby złożyć swoją abiurację. A skoro wedle jego teorii Papież, od której wywodzi się wszelka jurysdykcja, gdzieś jest, powinno to być uczynione czym prędzej dla zaspokojenia wyrzutów skrupulanckiego umysłu Klucznika i jego wyznawców. Mimo wszystko powodzenia życzę…

Kolejnym przykładem talmudycznej mentalności P. Klucznika, która samą siebie obala, jest konieczność uzyskania uprzedniej cenzury w wydawaniu wszelkich książek, artykułów czy broszur dotyczących spraw religijnych czyli:

„Pisma św., teologii, historii kościelnej, prawa kanonicznego, teologii naturalnej, etyki i innych tego rodzaju gałęzi wiedzy religijnej i moralnej…” (x. Grabowski, Prawo kanoniczne, wyd. III, tom II, Księga III. Rzeczy kościelne, Część IV. Urząd nauczycielski Kościoła, Tytuł XXIII. Cenzura i zakaz książek, ss. 512 nn.)

Nasz świecki „kanonista” zapewne wie, iż kodeks prawa kanonicznego traktuje o tym temacie w kanonach 1384-1394. W świetle obowiązującego prawa (chyba, że „papież ukryty” to zmienił – ale skąd mielibyśmy o tym wiedzieć?) jest to wymagane.

Wydaje się raczej, że P. Klucznik, jak na domorosłego „kanonistę” przystało, czyta x. Grabowskiego i Kodeks wybiórczo i nie zauważył tych ustępów. Jego bowiem internetowe dzieła nie posiadają wymaganych przez prawo kanoniczne uprzednich cenzur (ani następujących po nich imprimatur), więc jego osoba podlega odpowiednim karom kościelnym również z tego tytułu.

Podobnych przykładów można by jeszcze mnożyć (tajemnica z La Salette, którą posługuje się P. Klucznik, a która pozostaje do dziś na Indeksie), ale to niech wystarczy dla unaocznienia, do jakiego absurdu, w obecnej sytuacji, prowadzi talmudyczna postawa klucznikowa: praktycznej niemożliwości i teoretycznej wewnętrznej sprzeczności.

V. Traktowanie sedewakantyzmu jako „żydowskiej Operacji Trust”

Nasz talmudysta nierzadko głosi, iż sedewakantyzm jest „żydowską Operacją Trust”, tą najbardziej (chyba) na prawo. Tu podstawowym błędem, jest postrzeganie „sedewakantyzmu” jako jakiejś organizacji na modłę Kościoła, czy zgromadzenia lub ruchu. Dwaj założyciele sekty Klucznika zbyt krótko sami trwali przy tym stanowisku, bez podstawowej wiedzy w dziedzinie wiary, nie znając chyba zupełnie początków oporu wobec soboru i pewnie dlatego dość szybko zaczęli w ten sposób pojmować „sedewakantyzm”. Przeto „sedewakantyzm” nie jest ani ruchem, ani zgromadzeniem, ani kościołem, ani nawet „Kościołem”. Jest po prostu wnioskiem teologicznym, polegającym na rozumowaniu, z którego wynika, iż pretendenci do papiestwa są tylko bezprawnymi uzurpatorami.

I niczym więcej. Nazywając to herezją, głosiciele „kościoła złożonego w grobie” zbyt szybko zapomnieli, że do tego samego wniosku sami doszli i dotąd go utrzymują (chyba, że wybrali już sobie papieża lub go odnaleźli). Zarzucając brak widzialności „Kościołowi sedewakantystycznemu” (bo tak pojmują ten zwykły wniosek), sami postulują istnienie jakiejś „hierarchii na wygnaniu” z papieżem na czele i całym ciałem kardynalskim i biskupim. I bynajmniej nie jest ona widoczna, ponieważ ich własne kilkunastomiesięczne badania (poszukiwania?) nie przyniosły żadnych rezultatów. Jak dotąd, ich „hierarchia na wygnaniu”, z pełnią jurysdykcji, ma swoją widzialność tylko in mente, czyli jako byt czysto logiczny w umyśle kilku osób o talmudycznej mentalności i samozwańczym powołaniu do „teologowania”.

Traktowanie zaś „sedewakantyzmu” jako „żydowskiej Operacji Trust” jest słabym chwytem, który weryfikuje choćby pobieżna znajomość początków oporu wobec soborowej modernistycznej nawałnicy.

VI. Słów kilka o indukcji i dedukcji

Nie wszystko, co dotyczy nauki świętej, ma być oparte na dowodach czy inaczej mówiąc, na rozumowaniach, a ogólniej na metodzie dedukcyjnej.

Przecież samo Boskie pochodzenie świętej religii katolickiej opiera się na zewnętrznych „dowodach” (które nie są dowodami w sensie ścisłym), a raczej faktach, jak cuda i proroctwa. Na tym polega właśnie indukcja. Jest to przejście od konkretnego szczegółu do ogółu, od konkretnego faktu czy przypadku do sformułowania ogólnej zasady.

Podobnie się ma rzecz z Papieżem, tym konkretnym, któremu pod groźbą potępienia wiecznego wszyscy mają być podporządkowani. Bulla Unam sanctam nie głosi konieczności posłuszeństwa jakiemuś teoretycznemu, wydedukowanemu przez umysł ludzki (klucznikowy), Papieżowi, boć to niemożliwe. Tylko ten konkretny człowiek obdarzony Chrystusowym autorytetem może nauczać, rządzić i uświęcać. Nie dowodzi się jego istnienia w sensie ścisłym, a po prostu konstatuje jako fakt, rzeczywistość. Przesłanki rozumowe, w sytuacji zaistniałych wątpliwości następują dopiero w roli pomocniczych: musi najpierw istnieć człowiek, który został wybrany w konklawe zachowującym wszelkie pozory ważności, a w razie wątpliwości, w oparciu o zasady, dedukcję, można wykazać jego nieprawowitość lub obronić prawowitość elekcji. Z jakiej bowiem zasady wywnioskować można, że ten a nie inny człowiek jest Wikariuszem Chrystusa na ziemi? Nie można go „postulować” po kantowsku jako koniecznie istniejącego bez śladu jego istnienia. O konieczności poznania elekta przez Kościół była już mowa.

Samego zresztą Chrystusa jako Boga żadna czysta dedukcja nie dowiedzie. Musiał najpierw urodzić się Człowiek, który ogłosił się Bogiem, ponieważ rzeczywiście Nim był, a potwierdził to licznymi cudami (faktami równie widzialnymi jak ten konkretny Papież). Tych cudów również nie sposób dedukcyjnie wywnioskować. Je się po prostu konstatuje, indukcyjnie poznaje. Dopiero potem przychodzi z pomocą dedukcja, która wyciąga wniosek od konkretnych, poszczególnych przypadków, do ogólnego stwierdzenia: Cudotwórca Jezus z Nazaretu jest Bogiem Wcielonym, jako Bóg jest Panem natury i jej prawa własnym rozkazem zmienia. Nie jest to żaden modernizm, który imputował mi swego czasu P. Klucznik (znowu nie mogę znaleźć artykułu – czyżby kolejny błąd skrycie wycofany przez obalacza „po raz ostatni” sedewakantyzmu?), ale zdrowy rozsądek.

W ramach zakończenia

Jak widać, brak jakichkolwiek kompetencji i zdolności intelektualnych czyni P. Klucznika kolejnym „murzynem z powołaniem”, który zakłada swoją sektę i nawet (podobno) zjednuje sobie współwyznawców. Taka jest jedna z głównych cech naszej epoki, wynikająca właśnie z braku żywego Magisterium tego, któremu powierzona została najwyższa Władza Kluczy i nieomylności w nauczaniu wiary i moralności. P. Klucznik jest właśnie kolejnym dowodem na wakat Stolicy Apostolskiej i jego postulat „papieża w ukryciu” nie stanowi żadnego zagrożenia dla konstatacji obecnego wakatu.

Nie uznałem nawet za warte szczegółowego omówienia, że u genezy powstania tej sekty leży teoria o wyborze na Papieża kard. Siriego, prawdowpodobnie już w 1958 roku. P. Klucznik już temu zaprzeczał, ale podtrzymuję mój zarzut. Świadków jest kilku, którzy drogą poczty elektronicznej otrzymywali kolejne rewelacje o „Papieżu w czerwieni” (nazwa teorii dla Siriego jako kardynała-„papieża”) bez żadnych wyjaśnień, że sam Klucznik nie daje im wiary. Teraz może sobie zaprzeczać, nawet jeśli wtedy w błąd wprowadził tyle osób. Cała ta sprawa „Siriego Papieża” była i jest nadal owijana setkami cytatów z różnych objawień i pism Ojców Kościoła, z których można wywnioskować bardzo wiele, ale niewiele pewnego. Domeną proroków i tych, którym to zostało powierzone przez Kościół jest interpretacja Pisma oraz różnego rodzaju objawień. Potrzeba bowiem wiele mądrości i rozeznania ku temu. Natomiast dziś mamy do czynienia z bardzo wieloma próbami oparcia każdego stanowiska w sprawie obecnego kryzysu na tych samych objawieniach i komentarzach Ojców. Niestety, ten swego rodzaju aparycjonizm zazwyczaj idzie w parze z ignorancją spraw podstawowych prowdzącą nawet do groteskowych błędów a nawet jawnych sprzeczności, jakich niemało u omawianego tutaj wiejskiego „kanonisty”.

Ta właśnie łatwość, z jaką P. Klucznik posługuje się różnymi objawieniami prywatnymi, zmieszanymi z nieudolną teologią, stanowi świadectwo jego „aparycjonizmu”, tak powszechnego dziś w dobie nieznajomości katechizmu, apologetyki i w ogóle podstawowych zasad filozoficznych. Same objawienia prywatne można interpretować na różny sposób, a gdy stanowią one raz oparcie, raz dowód fałszywych rozumowań (co wykazano wyżej), tracą one wszelką wartość w dowodzeniu i ośmieszają w oczach rozsądnych ludzi kolejnego aparycjonistę.

Ponieważ nie tyczy się to meritum, pozwolę sobie dopiero w tym miejscu poruszyć jeszcze jeden szczegół dotyczący nieuczciwości odkrywcy „papieża ukrytego”. Już kilka lat temu powstała idea założenia jakiejś organizacji, stowarzyszenia czy inicjatywy o szeroko rozumianym katolickim profilu (nie tylko wiara, ale i filozofia, historia, nauki przyrodnicze, etc. z perspektywy katolickiej). Każdy z pomysłodawców tej inicjatywy, a było ich kilku, miał swoją propozycję wspólnej nazwy. Nazwa „Katolika integralnego” nie wyszła od P. Klucznika, ale gdy nagle wystąpił on ze swoją teorią, nieuczciwie sobie przywłaszczył tę nazwę uniemożliwiając pomysłodawcy wykorzystanie jej w przyszłości. Stanowi to, według mnie, pewne świadectwo charakteru założyciela tej nowej sekty.

Można by tak jeszcze długo omawiać niezliczone „nieprawidłowości” egzegezy kanonów i świętej teologii w wydaniu Szymona Klucznika. Niech co już było wystarczy. Nie planuję powracać do tematu, chyba, że epikeia będzie tego wymagała, nawet „heretycko” rozumiana. A tak, już zupełnie na koniec, ku odpocznieniu od wycieńczających poszukiwań „papieża na wygnaniu” proponuję żywy głos „magisterium” na poziomie naszego „murzyna z powołaniem”, teologa-kanonisty Klucznika: https://www.youtube.com/channel/UCtxasxcOuyabC0XWbtXi2qA. Ma co prawda więcej książek, niż ten ostatni, pewnie też je przeczytał, ale kompetencje i zdolności intelektualne mają na podobnym poziomie.

Pelagiusz z Asturii

(Kopiowanie całości wzbronione. Można jak najbardziej przytaczać fragmenty niniejszego artykułu i podawać klikalny odnośnik do źródła.)

P.S. W notatkach gdzieś mi się zapodział cytat naszego taniego sofisty i zapomniałem o nim wspomnieć w powyższym tekście. Brzmi on następująco:

Co do kosciółów wschodnich. Katolicy mają zakaz udziału w nabożeństwach niekatolickich, do jakich zalicza się Msza w kosciołach Grecko – Katolickich.

Wiem jednak, że Kościół uzupełnia jurysdykcję dla dobra wiernych schizmatyckich kościołów wschodnich. Piszą na ten temat John A. McHugh and Charles J. Callan:

„(c) The excommunicated are denied the power of jurisdiction except in certain cases where the Church grants it for the sake of the common good. Thus, they may give absolution in danger of death (Canon 882), or in common error (Canon 209), or at request, if they are not vitandi or sentenced (Canon 2261). It is the teaching of learned authorities that the Roman Church for the good of souls has allowed ecclesiastical jurisdiction to remain in the schismatic Oriental Churches for the conferring of the Sacraments”
http://www.gutenberg.org/cache/epub/35354/pg35354.html

Nie wiem czy dotyczy to również Mszy, wydaje mi się, że tak. Ale nawet gdyby tak było to jurysdykcja jest uzupełniana tylko dla wiernych tych kosciołów pozostających w niezawinionym błędzie. Katolik nie może brać udziału w takiej Mszy, ponieważ byłby to grzech ciężki.

Za: https://katolikintegralny.wordpress.com/o-nas/comment-page-2/#comment-925

Kilka uwag.

Primo: katolikom nie wolno brać udziału w kulcie niekatolickim, heretyckim, schizmatyckim. Kościół greko-katolicki to takich nie należy i dlatego, rzecz oczywista, na nabożeństwa i Msze wolno rzymskim katolikom chodzić do greko-katolików.

Secundo: jeśli Kościół uzupełnia jurysdykcję dla dobra wiernych schizmatyckich kościołów wschodnich (przede wszystkim prawosławnych, ale i innych), to dlaczego nie miałby ów klucznikowy „kościół podziemny” nie uzupełniać jurysdykcji dziś „schizmatyckim kościołom zachodnim” (sedewakantystom, lefebrystom, etc.) dla dobra wiernych? Czy tego akurat nasz domorosły „kanonista” nie wie jednak?

Tertio: „nie wiem, czy dotyczy to również Mszy, wydaje mi się, że tak”. Bez komentarza. Ignorancja sama siebie obnaża.

4 comments on “Szymona Klucznika „kościół zaćmiony(ch)” – koniec, kropka

  1. Ozoń pisze:

    Zasada gnostycka: To co proste, musi zostać skomplikowane.
    Nie wydaje mi się, żeby używał Pan argumentów dość przekonujących, co zupełnie inaczej wygląda u Szymona Klucznika. Jego wpisy popierane są wieloma mocnymi cytatami, czego brakuje u Pana. Oprócz tego wpisy Szymona Klucznika są proste i logiczne, brak w nich „autorskich” wywodów, a co za tym idzie subiektywnego podejścia do sprawy.
    Poza tym wyczuwa się w Pana ripoście kroplę jadu, co już stawia ją w wątpliwość.
    Cóż, koniec końców, któryś z Panów musi mieć rację. Intuicja mówi mi, że ma ją Szymon Klucznik, nie Pelagiusz z Asturii.

    Mimo wszystko pozdrawiam gorąco

    • Szanowny Panie,

      Chyba nie wie Pan, co to jest gnoza. Bo sama teologia dla prostego umysłu jest skomplikowana, a dla umysłu wprawionego w cnotach intelektualnych jest bardzo prosta. Natomiast gnoza jest wiedzą tajną, ukrytą, przechowywaną w sektach od czasów niepamiętnych. „Papież ukryty” P. Klucznika jest tego typu „wiedzą” idealną dla sekciarzy.

      Co się Panu wydaje, czy nie, jest drugorzędne. Liczy się tu prawda. Chciałbym, żeby Pan wykazał (albo P. Klucznik), co go upoważnia do nazywania się katolikiem, skoro łamie on kanony jeden za drugim (zgodnie, oczywiście ze swym talmudycznym myśleniem, które za heretyckie uznaje stosowanie epikei dla zbawienia dusz).

      Co do mocnych cytatów, Pana Jezusa sam Szatan kusił „mocnymi cytatami” prosto z Pisma św., czyli „ustami Boga”. Nie miało to znaczenia dla prawdy, zakłamany był do cna używając tych cytatów, podobnie jak P. Klucznik.

      Wpisy P. Klucznika nie są logiczne, ale nie każdy to niestety rozumie. Sekciarze od najdawniejszych czasów pociągali za sobą innych, prowadząc ich na drogę zatracenia przewrotnymi rozumowaniami.

      Co do jadu, polecam lekturę książki Liberalizm jest grzechem (a zwłaszcza rozdziały XIX i XX). Ta książka też ma imprimatur, w przeciwieństwie do wywodów P. Klucznika.

      To nie intuicja mówi, kto ma rację, tylko jest to sprawa rozumu. Takie już mamy czasy, że ludzie „na czuja” stawiają na szali swoje własne zbawienie i wolą się oddać całkowicie „bosemu murzynowi z powołaniem”, niż duchownym, którzy od dekad pracują dla zbawienia dusz przeciwko heretyckim uzurpatorom. Ja mam swoich duchownych, xięży i biskupów, setki już ich od tamtych czasów (soboru) i to z nimi polemizuje nasz „zaćmienieć”, nie ze mną. Ja nie jestem od teologizowania, teologów mam wybornych.

      Pan pozostaje w łączności z „jedynym katolikiem na ziemi”, który wymyślił teorię „papieża ukrytego przed światem”. Jest to smutne… Pozostaje już chyba tylko modlitwa za Pana i współsekciarzy. Ale tym większa kara spotka tego człowieka za uwodzenie innych dzięki Internetowi.

      In Christo Rege,
      Pelagiusz

  2. Polska Krew pisze:

    Tak zwany Szymon Klucznik pomylił katolickich Papieży z przywódcami masonerii ,którzy gdzieś tam są ukryci przed światem.No i jeszcze ten pseudonim Szymon Klucznik,cóż za zadziwiająca skromność . Jestem całkowicie przekonany ,że jest rzeczą niemożliwą odrzucić stanowisko sedewakantystyczne ,które jest częścią Magisterium Kościoła ,jeśli się ma rzeczywiście dobrą wolę i pragnienie przynależności do prawdziwej Wiary katolickiej.

    • Być może on sam kiedyś zjawi się jako ten, którego jego sekta oczekuje, „Papież z ukrycia”, a zjawi się w blasku chwały, przy dźwięku lutni, cymbałów i trąb… Wyznawcom bowiem swoim nie mówi, po czym będzie można poznać tego ich „Papieża”, gdy się pojawi. Może sam nie wie, a może wie, i nie powie… kto to wie…

      In Christo Rege,
      Pelagiusz

Zostaw komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s